STRONA GŁÓWNA

Wszyscy Ludzie Prezydenta

John Adams

Człowiek, który umiał być niewygodny

Drugi prezydent Stanów Zjednoczonych. Prawnik, dyplomata i jeden z najważniejszych architektów niepodległości. Człowiek, który nie zawsze był lubiany — ale niemal zawsze traktował republikę śmiertelnie poważnie.

2. prezydent USA
1797–1801 lata prezydentury
Peacefield rodzinny dom Adamsów w Quincy

Są w historii Ameryki tacy prezydenci, którzy wyglądają jak pomniki. I są też tacy, którzy bardziej przypominają ostrze. Niewygodne, ostre, czasem zbyt szczere, czasem zbyt dumne, ale bez nich cała konstrukcja republiki mogłaby wyglądać zupełnie inaczej. John Adams należał właśnie do tej drugiej kategorii.

Nie był tak uwielbiany jak George Washington. Nie był tak poetycki jak Thomas Jefferson. Nie miał naturalnego uroku salonowego ani talentu do oczarowywania tłumów. Ale kiedy młoda Ameryka potrzebowała twardego kręgosłupa, ostrego umysłu i człowieka, który nie będzie mówił tego, co wszyscy chcą usłyszeć, tylko to, co uważa za słuszne — Adams był dokładnie takim człowiekiem.

John Adams urodził się 30 października 1735 roku w Braintree w Massachusetts, na terenie dzisiejszego Quincy. Nie pochodził z wielkiej arystokracji plantatorów, jak wielu wirgińskich ojców założycieli. Dorastał na farmie, w rodzinie skromnej, pracowitej i głęboko zakorzenionej w nowoangielskiej tradycji.

Jego ojciec, John Adams Senior, był farmerem, szewcem, członkiem lokalnej wspólnoty i urzędnikiem. Młody John od dzieciństwa znał smak dyscypliny, obowiązku i ciężkiej pracy. Przez całe życie nosił w sobie mentalność człowieka z Nowej Anglii: bardziej surowego niż efektownego, bardziej zasadniczego niż czarującego.

Nieśmiały nauczyciel, który bał się przeciętności

Adams był przy tym chłopakiem wybitnie zdolnym. Do Harvard College trafił jako nastolatek i ukończył uczelnię w 1755 roku. Nie od razu jednak wiedział, co chce zrobić ze swoim życiem. Rozważał karierę duchownego, fascynowała go literatura, a po studiach został nauczycielem w niewielkiej szkole w Worcester.

Nie był wtedy pewnym siebie mężem stanu. Był młodym, ambitnym, ale również nieśmiałym człowiekiem, który obawiał się, że może utknąć w przeciętności. Praca nauczyciela szybko zaczęła go frustrować. Adams czuł, że jego życie powinno znaczyć więcej, choć jeszcze nie wiedział, w jaki sposób osiągnąć tę wielkość.

Ostatecznie wybrał prawo. Zaczął przygotowywać się do zawodu pod kierunkiem prawnika Jamesa Putnama, a następnie został przyjęty do palestry. Bardzo wcześnie wyrobił sobie opinię człowieka, który traktuje prawo serio — nie jako narzędzie plemiennej walki, ale jako fundament cywilizacji.

Dla Adamsa prawo miało chronić człowieka także wtedy, gdy tłum uznał go już za winnego.

Obrońca brytyjskich żołnierzy

Adams wszedł do wielkiej historii przez decyzję, która mogła zniszczyć jego reputację. W 1770 roku, po masakrze bostońskiej, podjął się obrony brytyjskich żołnierzy oskarżonych o zabicie kolonistów.

Politycznie wyglądało to jak szaleństwo. W Bostonie panowały gniew, strach i nienawiść do brytyjskiej obecności wojskowej. Dla wielu patriotów żołnierze byli mordercami, których wina nie wymagała już procesu. Adams uważał jednak, że właśnie w takich chwilach sprawdza się znaczenie prawa.

Prawdziwa republika zaczyna się tam, gdzie kończy się zemsta tłumu.

Adams nie bronił brytyjskiej polityki. Bronił zasady, że nawet człowiek znienawidzony ma prawo do uczciwego procesu, dowodów i profesjonalnej obrony. Większość żołnierzy została uniewinniona, a dwóch uznano winnymi lżejszego przestępstwa.

W tej decyzji widać całego Adamsa. Potrafił opowiedzieć się po stronie sprawy niepopularnej, jeżeli uważał ją za słuszną. Nie zawsze robił to delikatnie. Nie zawsze rozumiał polityczne konsekwencje własnej szorstkości. Ale bardzo trudno było zmusić go, by zrezygnował z zasady tylko dlatego, że tłum domagał się czegoś innego.

Silnik amerykańskiej rewolucji

Ten sam człowiek, który bronił brytyjskich żołnierzy, kilka lat później stał się jednym z najważniejszych architektów zerwania z Wielką Brytanią. W czasie kryzysu wokół Stamp Act pisał przeciwko brytyjskiej polityce podatkowej i bronił praw kolonistów.

Kiedy w latach 1774–1776 zebrał się Kongres Kontynentalny, Adams wyrósł na jednego z najbardziej zdecydowanych liderów obozu niepodległościowego. Nie był tylko mówcą ani autorem idei. Był człowiekiem pracy organizacyjnej, komisji, dokumentów, negocjacji i politycznego nacisku.

To Adams zaproponował George’a Washingtona na stanowisko dowódcy Armii Kontynentalnej. Była to decyzja strategiczna i polityczna. Washington pochodził z Wirginii, a jego nominacja pokazywała, że wojna nie jest wyłącznie buntem Nowej Anglii, lecz wspólną sprawą kolonii.

W Kongresie Adams służył w około dziewięćdziesięciu komisjach i wielu z nich przewodniczył. Był jednym z najbardziej zapracowanych delegatów. Czytał dokumenty, układał plany, przekonywał wahających się i popychał sprawy naprzód, gdy inni jeszcze zastanawiali się, czy całkowite zerwanie z Koroną nie jest krokiem zbyt radykalnym.

Deklaracja, której nie napisał

Jest piękna historyczna ironia w tym, że Thomas Jefferson miał uważać Adamsa za człowieka odpowiedniego do napisania Deklaracji Niepodległości. Adams przekonał jednak Jeffersona, że to właśnie on powinien stworzyć pierwszą wersję dokumentu.

Jefferson miał lżejsze pióro, większy talent literacki i lepszą zdolność ubierania politycznych idei w język, który potrafił przejść do historii. Adams rozumiał własne ograniczenia. Pomagał tekst dopracować, bronił go podczas debaty i pilnował, by sprawa nie ugrzęzła w sporach delegatów.

Czasem największą rolę odgrywa nie ten, kto podpisuje się największymi literami, ale ten, kto sprawia, że dokument w ogóle zaczyna żyć.

1735

Urodził się w Braintree w Massachusetts.

1755

Ukończył Harvard i rozpoczął pracę nauczyciela.

1770

Bronił brytyjskich żołnierzy po masakrze bostońskiej.

1776

Pomagał przeprowadzić Deklarację Niepodległości przez Kongres.

1789

Został pierwszym wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych.

1797

Objął urząd drugiego prezydenta USA.

1826

Zmarł 4 lipca, w 50. rocznicę Deklaracji Niepodległości.

Dyplomata bez salonowego uroku

Rewolucja potrzebowała nie tylko żołnierzy, ale także pieniędzy, uznania i handlu. Adams został wysłany do Europy, gdzie miał reprezentować państwo, które dopiero próbowało udowodnić światu, że naprawdę istnieje.

Nie był idealnym dyplomatą w salonowym znaczeniu tego słowa. Bywał niecierpliwy, podejrzliwy i zbyt bezpośredni. Nie znosił dworskich gier, subtelnych układów ani francuskiej kultury politycznej, którą uważał czasem za przesadnie teatralną.

A jednak robił dla sprawy amerykańskiej rzeczy absolutnie kluczowe. W Niderlandach zdobył uznanie dla Stanów Zjednoczonych i doprowadził do uzyskania ważnych pożyczek. Pomagał otwierać młodemu państwu dostęp do europejskiego handlu i kapitału.

Był również jednym z amerykańskich negocjatorów Traktatu Paryskiego z 1783 roku. Porozumienie formalnie zakończyło wojnę o niepodległość i doprowadziło do uznania Stanów Zjednoczonych przez Wielką Brytanię.

Konstytucja, która obowiązuje do dziś

Adams nie chciał jedynie uwolnić kolonii od Londynu. Chciał zbudować państwo, które nie rozpadnie się po pierwszym kryzysie. W 1780 roku odegrał główną rolę w przygotowaniu konstytucji Massachusetts.

Dokument opierał się na przekonaniu, że władza musi zostać podzielona, ograniczona i podporządkowana prawu. Adams wierzył, że człowiek nie staje się automatycznie cnotliwy tylko dlatego, że żyje w republice. Dlatego instytucje powinny być budowane również z myślą o ludzkiej ambicji, pysze i skłonności do nadużywania władzy.

Rozdział władz, niezależne sądownictwo, dwuizbowy parlament i system hamulców — dla Adamsa nie były to akademickie pojęcia. Były odpowiedzią na zasadnicze pytanie: jak stworzyć silne państwo, które samo nie stanie się tyranią?

Pierwszy wiceprezydent i „najbardziej nieznaczący urząd”

W 1789 roku John Adams został pierwszym wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych. Brzmiało to dumnie, ale sam urząd okazał się dla niego źródłem frustracji. Przez osiem lat pozostawał w cieniu Washingtona, mając niewielki wpływ na codzienne kierowanie administracją.

Adams był człowiekiem niezbędnym, który bardzo często czuł się niedoceniany.

Jako przewodniczący Senatu uczestniczył w jego pracach i wielokrotnie oddawał głosy rozstrzygające remisy. Konstytucyjnie pełnił więc ważną funkcję, ale politycznie często czuł się odsunięty.

Był też przekonany, że nowy urząd prezydenta potrzebuje odpowiedniej powagi. Proponował bardziej majestatyczne formy tytułowania głowy państwa niż zwykłe „Mr. President”. Pomysły te spotkały się z drwinami, a jego przeciwnicy nadali mu złośliwy przydomek „His Rotundity” — nawiązujący zarówno do pompatyczności, jak i do jego sylwetki.

Drugi prezydent w cieniu Washingtona

Gdy Washington postanowił odejść po dwóch kadencjach, Adams wystartował w wyborach 1796 roku. Pokonał Thomasa Jeffersona bardzo niewielką różnicą głosów elektorskich i został drugim prezydentem Stanów Zjednoczonych.

System wyborczy był wówczas inny niż dzisiaj. Jefferson, jako kandydat z drugim wynikiem, został wiceprezydentem. W rezultacie na czele władzy wykonawczej stanęli polityczni rywale reprezentujący dwa coraz bardziej wrogie obozy.

Adams obejmował urząd w momencie, gdy jedność czasów rewolucji zaczynała zanikać. Federaliści ścierali się z republikanami Jeffersona. Prasa była agresywna, politycy oskarżali się o zdradę, monarchizm, anarchię i działanie na rzecz obcych państw.

Sam Adams był federalistą. Wierzył w silny rząd centralny, stabilne finanse, sprawną armię i porządek instytucjonalny. Problem polegał na tym, że część jego własnego gabinetu była bardziej lojalna wobec Alexandra Hamiltona niż wobec urzędującego prezydenta.

Afera XYZ i wojna, której nie wypowiedziano

Największym testem jego prezydentury stały się relacje z rewolucyjną Francją. Francuzi byli niezadowoleni z amerykańskiego zbliżenia handlowego z Wielką Brytanią i zaczęli atakować amerykańskie statki.

Wysłani do Francji amerykańscy dyplomaci usłyszeli od pośredników, że rozpoczęcie oficjalnych negocjacji wymaga przekazania łapówek i pożyczki. Gdy sprawa wyszła na jaw, pośredników oznaczono literami X, Y i Z. Tak narodziła się słynna afera XYZ.

Amerykańska opinia publiczna była wściekła. Nastroje wojenne rosły, rozbudowywano marynarkę, tworzono nowe struktury wojskowe, a na Atlantyku rozpoczęły się starcia znane jako Quasi-War — niewypowiedziana wojna morska między Stanami Zjednoczonymi a Francją.

Największą zasługą Adamsa było to, że w chwili wojennej gorączki nie pozwolił młodej republice wejść w pełnowymiarowy konflikt.

Wielu federalistów chciało eskalacji. Alexander Hamilton widział w kryzysie okazję do rozbudowy armii i zwiększenia siły własnego obozu. Adams uznał jednak, że wojna może młode państwo zrujnować finansowo i politycznie.

Zdecydował się na kolejną misję pokojową. Ostatecznie Konwencja z 1800 roku, nazywana także Treaty of Mortefontaine, zakończyła konflikt i ustabilizowała stosunki między państwami.

Alien and Sedition Acts: największy cień

Obok sukcesu dyplomatycznego stoi największy cień jego prezydentury: Alien and Sedition Acts. Pakiet ustaw uchwalonych w 1798 roku zwiększał uprawnienia władz wobec cudzoziemców i ułatwiał ściganie krytyków administracji.

Ustawy powstawały w atmosferze strachu przed wojną, francuskimi wpływami, radykalizmem i polityczną destabilizacją. Federaliści przedstawiali je jako środki bezpieczeństwa. W praktyce przepisy, szczególnie Sedition Act, były wykorzystywane przeciwko dziennikarzom i politycznym przeciwnikom.

Adams nie był jedynym autorem ani głównym organizatorem tego ustawodawstwa, ale podpisał ustawy i ponosi za nie odpowiedzialność jako prezydent. Ten epizod pokazuje, że nawet ludzie, którzy walczyli o wolność, pod wpływem strachu mogą być gotowi tę wolność ograniczać.

Właśnie dlatego Adams jest postacią tak ciekawą. Nie jest świętym z marmuru. Jest współtwórcą republiki z całym bagażem jej lęków, sprzeczności, ambicji i błędów.

Prezydent, który wprowadził się do Białego Domu

Pod koniec prezydentury Adams zapisał się w historii także jako pierwszy prezydent, który zamieszkał w nowej rezydencji wykonawczej w Waszyngtonie. W listopadzie 1800 roku wprowadził się do budynku, który nie był jeszcze całkowicie ukończony.

Wnętrza były zimne, wilgotne i częściowo puste. Abigail Adams wykorzystywała jedno z dużych pomieszczeń do suszenia prania. Stolica sama przypominała bardziej plac budowy niż dostojne centrum wielkiej republiki.

To symboliczne. Washington stworzył urząd, ale nigdy nie zamieszkał w rezydencji, która później stała się jego najważniejszym symbolem. Adams był pierwszym człowiekiem, który próbował nadać temu niedokończonemu domowi codzienny, prezydencki rytm.

Brutalna kampania i pokojowe odejście

Wybory 1800 roku należały do najbardziej jadowitych w historii Stanów Zjednoczonych. Zwolennicy Adamsa przedstawiali Jeffersona jako radykała, ateistę i człowieka, który sprowadzi do Ameryki chaos rewolucyjnej Francji. Obóz Jeffersona nazywał Adamsa monarchistą, tyranem i człowiekiem marzącym o dziedzicznej władzy.

Pamflety, gazety i autorzy opłacani przez polityczne frakcje produkowali oskarżenia, półprawdy i personalne obelgi. Wiele z tego, co dzisiaj nazywamy brutalnością kampanii wyborczych, istniało już na samym początku amerykańskiej republiki.

Adams przegrał. Thomas Jefferson został prezydentem, choć o wyniku ostatecznie musiała zdecydować Izba Reprezentantów po remisie Jeffersona z Aaronem Burrem.

Najważniejsze było jednak to, że po jednej z najbardziej brutalnych kampanii w historii władza została przekazana pokojowo.

Adams nie wziął udziału w inauguracji Jeffersona i opuścił Waszyngton wcześnie rano. Nie był człowiekiem wolnym od urazy. Ale nie próbował obalić wyniku, użyć wojska ani zatrzymać urzędu. Republika przetrwała pierwszy pokojowy transfer władzy między rywalizującymi partiami.

Abigail: najważniejsza rozmówczyni

John Adams bez Abigail Adams nie jest pełną opowieścią. Pobrali się w 1764 roku i stworzyli jedno z najbardziej niezwykłych partnerstw w historii amerykańskiego życia politycznego.

Abigail nie była jedynie żoną polityka ani ceremonialną gospodynią. Była jego doradczynią, partnerką intelektualną, obserwatorką życia publicznego i kobietą o niezwykle silnym umyśle. Potrafiła go wspierać, krytykować, ostrzegać i sprowadzać na ziemię.

Gdy Adams podróżował po Europie albo pracował w Kongresie, ich małżeństwo trwało dzięki słowom zapisanym atramentem. Pisali o polityce, wojnie, wychowaniu dzieci, gospodarstwie, pieniądzach, samotności i przyszłości nowego kraju.

John Adams był wielkim korespondentem republiki, a Abigail była jego najważniejszą rozmówczynią.

To właśnie Abigail w 1776 roku prosiła męża, aby tworząc nowe prawa, „pamiętał o kobietach”. John odpowiedział żartobliwie i nie podjął jej postulatu w sposób, którego mogła oczekiwać. Sama wymiana pokazuje jednak, że w domu Adamsów dyskutowano o granicach wolności znacznie szerzej, niż sugerowały ówczesne instytucje.

Adams i niewolnictwo

John Adams różnił się od wielu pierwszych prezydentów tym, że nie posiadał zniewolonych ludzi. Zarówno on, jak i Abigail sprzeciwiali się niewolnictwu moralnie i politycznie.

Nie oznacza to jednak całkowitego odcięcia ich gospodarstw od systemu niewolniczego. W okresie sprawowania przez Adamsa urzędu wiceprezydenta i prezydenta w jego otoczeniu mogli pracować również zniewoleni Afroamerykanie, których właścicielom wypłacano wynagrodzenie.

Adams nie uczynił też likwidacji niewolnictwa centralnym projektem swojej kariery politycznej. Mimo to fakt, że sam nie posiadał niewolników, wyraźnie odróżnia go od Washingtona, Jeffersona, Madisona i Monroe.

Pokolenie Adamsów

John i Abigail doczekali się sześciorga dzieci, choć nie wszystkie przeżyły do dorosłości. Ich najstarszy syn, John Quincy Adams, zrobił własną, niezwykłą karierę dyplomatyczną i polityczną.

W 1824 roku John Quincy Adams został wybrany szóstym prezydentem Stanów Zjednoczonych. Stary John Adams dożył więc chwili, w której jego syn objął urząd wcześniej sprawowany przez niego samego.

Rodzina Adamsów zapoczątkowała jedną z najważniejszych dynastii politycznych w historii Stanów Zjednoczonych. Jej wpływy obejmowały dyplomację, Kongres, prezydenturę, historiografię i życie intelektualne kraju przez kilka kolejnych pokoleń.

Peacefield i życie po prezydenturze

Po przegranych wyborach Adams wrócił do Massachusetts. Zamieszkał w rodzinnym majątku Peacefield w Quincy. Nie wrócił jednak jako człowiek całkowicie złamany czy wycofany z życia.

Czytał, pisał, komentował politykę i obserwował rozwój republiki, którą pomagał stworzyć. Jego życie po prezydenturze trwało ponad ćwierć wieku — znacznie dłużej niż sama kadencja w Białym Domu.

Najważniejszym wydarzeniem tego okresu było odnowienie relacji z Thomasem Jeffersonem. Dawni przyjaciele i współpracownicy stali się w latach dziewięćdziesiątych XVIII wieku zaciekłymi rywalami politycznymi. Po latach milczenia, dzięki pośrednictwu Benjamina Rusha, ponownie zaczęli ze sobą korespondować.

Była to korespondencyjna przyjaźń dwóch starzejących się twórców państwa, którzy reprezentowali różne wizje Ameryki, ale coraz lepiej rozumieli, że ich wspólna historia jest większa niż dawne urazy.

Dwóch prezydentów i jeden 4 lipca

John Adams zmarł 4 lipca 1826 roku, dokładnie w pięćdziesiątą rocznicę przyjęcia Deklaracji Niepodległości. Miał dziewięćdziesiąt lat i był jednym z ostatnich żyjących wielkich przywódców pokolenia rewolucji.

Według rodzinnej relacji jego ostatnie słowa brzmiały: „Thomas Jefferson survives” — „Thomas Jefferson nadal żyje”. Adams nie wiedział, że Jefferson zmarł kilka godzin wcześniej tego samego dnia w Monticello.

Trudno wyobrazić sobie bardziej symboliczne zamknięcie epoki. Dwaj przyjaciele, później przeciwnicy, a na końcu ponownie korespondencyjni towarzysze, zmarli w dniu, który sami pomogli uczynić najważniejszą datą amerykańskiej historii.

Człowiek mocnych słów

Adams miał talent do zdań celnych, mocnych, a czasem politycznie niezręcznych. Nie zawsze panował nad własnym temperamentem. Potrafił pisać długo, reagować emocjonalnie i traktować krytykę jak osobisty atak.

Jednocześnie pozostawił ogromny zbiór listów, dzienników, traktatów i dokumentów. Dzięki nim znamy nie tylko jego publiczny wizerunek, ale również ambicje, lęki, zazdrość, poczucie niedocenienia i nieustanną potrzebę udowadniania własnej wartości.

W przeciwieństwie do pomnikowego Washingtona Adams zostawił nam bardzo szczegółowy zapis własnego wnętrza. Nie zawsze jest w nim sympatyczny. Bywa próżny, złośliwy, drażliwy i przekonany, że inni nie doceniają jego zasług. Właśnie przez to pozostaje jednak niezwykle ludzki.

Nie był łatwy. Był potrzebny.

John Adams nie był najbardziej uwielbianym ojcem założycielem. Nie był najbardziej eleganckim politykiem ani najbardziej inspirującym mówcą. Jego prezydentura trwała tylko jedną kadencję i została naznaczona ustawami ograniczającymi wolność słowa.

Ale był człowiekiem, bez którego droga do niepodległości mogłaby wyglądać zupełnie inaczej. To on popychał Kongres ku zerwaniu z Wielką Brytanią. To on nominował Washingtona. To on pomagał zabezpieczyć pieniądze, uznanie i pokój. To on próbował przełożyć rewolucyjne hasła na trwałą konstrukcję państwa.

Jeśli Washington stworzył majestat urzędu, Adams pokazał ciężar codziennego rządzenia republiką.

Adams przypomina, że republika nie może opierać się wyłącznie na uroku, symbolach i pięknych gestach. Potrzebuje także ludzi niewygodnych. Ludzi, którzy nie zawsze są lubiani, ale potrafią wykonać pracę, której inni nie chcą się podjąć.

Potrzebuje prawników gotowych bronić znienawidzonych oskarżonych. Dyplomatów, którzy zdobywają pieniądze, gdy nie ma już czym finansować wojny. Polityków, którzy powstrzymują konflikt, choć ich własna partia domaga się eskalacji. I ludzi, którzy mimo własnej dumy potrafią uznać, że państwo jest ważniejsze od ich osobistej popularności.

Bo John Adams nie był tylko drugim prezydentem Stanów Zjednoczonych. Był mózgiem, sumieniem i czasem zgryźliwym strażnikiem amerykańskiej republiki. Popełniał poważne błędy, budził konflikty i nie potrafił oczarowywać ludzi tak jak jego wielcy rywale. Ale kiedy młoda Ameryka potrzebowała człowieka z kręgosłupem, Adams bardzo często stał dokładnie tam, gdzie powinien — nawet jeżeli stał tam sam.