Wyobraźcie sobie zwykły poranek.
Odprowadzacie dziecko do szkolnego autobusu. Wracając, zauważacie nową, błyszczącą, czerwoną budkę telefoniczną. Wchodzicie do środka, podnosicie słuchawkę, ale telefon nie działa. Chcecie wyjść, naciskacie klamkę… i nagle okazuje się, że drzwi nie dają się otworzyć.
Wołacie o pomoc, uderzacie w szybę, próbujecie zwrócić na siebie uwagę.
Ludzie rzeczywiście zaczynają się zatrzymywać. Tyle że zamiast wam pomóc, śmieją się, żartują i obserwują całą sytuację jak uliczne przedstawienie.
Tak zaczyna się „La cabina”, czyli „Budka telefoniczna” – niespełna czterdziestominutowy hiszpański film z 1972 roku, który bez potworów, duchów i ani jednej kropli krwi przestraszył całe pokolenie widzów.
Reżyserem filmu był Antonio Mercero. Człowiek, który zaczynał od studiów prawniczych, później zajął się kinem, a przez kolejne dekady stał się jednym z najbardziej cenionych hiszpańskich reżyserów telewizyjnych i filmowych.
Mercero mówił, że w swoich dziełach zawsze łączył trzy rzeczy: ból, miłość i humor.
„La cabina” jest chyba najlepszym przykładem tego dziwnego koktajlu.
Na początku rzeczywiście jest zabawnie. W budce zostaje uwięziony zwyczajny, schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku, grany przez José Luisa Lópeza Vázqueza. Nie znamy jego imienia. Nie wiemy, gdzie pracuje ani dokąd idzie. Jest po prostu jednym z milionów anonimowych ludzi.
Na placu pojawiają się przechodnie. Ktoś próbuje otworzyć drzwi. Ktoś inny pokazuje swoją siłę i rzuca się na budkę całym ciałem. Dzieci robią głupie miny. Dwie starsze kobiety spokojnie robią na drutach i przyglądają się wydarzeniom. Zbiera się coraz większy tłum.
Uwięziony człowiek staje się atrakcją.
To właśnie tutaj film zaczyna robić się niepokojący. Bohater jest otoczony przez dziesiątki ludzi, a mimo to pozostaje całkowicie samotny. Każdy widzi jego problem, ale niemal nikt naprawdę nie traktuje jego strachu poważnie.
W końcu przyjeżdżają pracownicy firmy telefonicznej. Wydaje się, że ratunek jest blisko. Mężczyzna uspokaja się, bo przecież specjaliści na pewno otworzą drzwi.
Ale oni nie próbują go uwolnić.
Ładują całą budkę wraz z uwięzionym człowiekiem na ciężarówkę i odjeżdżają. Tłum stojący na placu macha mu na pożegnanie, jakby uczestniczył w zabawnej paradzie.
Od tego momentu komedia znika.
Ciężarówka wiezie bohatera przez ulice Madrytu. Mężczyzna desperacko próbuje zwrócić na siebie uwagę innych kierowców i przechodniów. Ludzie patrzą na niego, czasami się uśmiechają, ale nikt nie reaguje.
W pewnej chwili bohater zauważa drugą ciężarówkę.
Na jej platformie znajduje się identyczna budka telefoniczna. W środku uwięziony jest inny człowiek.
Wtedy dociera do niego, że nie był to przypadek. Nie chodzi o zepsuty zamek ani techniczną usterkę. Ktoś celowo zamyka ludzi w budkach i wywozi ich w nieznanym kierunku.
Podróż kończy się w ogromnym, podziemnym kompleksie przypominającym fabrykę, bunkier albo tajną bazę. Budka zostaje przeniesiona przez system taśm, dźwigów i mechanicznych urządzeń.
Wokół znajdują się kolejne budki.
A w nich ciała ludzi, którzy wcześniej przeszli dokładnie tę samą drogę.
Nie ma wyjaśnienia. Nie dowiadujemy się, kim są pracownicy firmy. Nie wiemy, dlaczego wybierają akurat tych ludzi i czemu ich zabijają.
Na końcu filmu na tym samym madryckim placu pojawia się nowa czerwona budka.
Drzwi są otwarte.
Pułapka znów czeka.
Film wyemitowano w hiszpańskiej telewizji 13 grudnia 1972 roku, w ostatnich latach dyktatury generała Francisco Franco. Władze długo zastanawiały się, czy dopuścić go do emisji.
Czy budka była symbolem państwa, które zamykało ludzi, odbierało im głos i sprawiało, że znikali bez wyjaśnienia?
Czy anonimowi pracownicy wykonywali rozkazy systemu, nie zastanawiając się nad cierpieniem jednostki?
Czy tłum śmiejący się z uwięzionego mężczyzny symbolizował społeczeństwo, które widzi krzywdę, ale woli udawać, że to nie jego sprawa?
Mercero zaprzeczał, że stworzył bezpośrednią krytykę reżimu. Twierdził, że film miał być historią z pogranicza fantastyki, absurdu i horroru.
Jednocześnie przyznawał, że „La cabina” można interpretować na wiele sposobów.
I właśnie dlatego ten film wciąż działa.
Budka może być państwem. Może być korporacją. Może być społecznymi oczekiwaniami. Może być pracą, z której nie potrafimy odejść. Uzależnieniem, kredytem, związkiem, strachem przed opinią innych albo telefonem komórkowym, od którego nie potrafimy się oderwać.
Mercero wiele lat później powiedział, że każdy człowiek ma własne „budki”, które go więżą. Moralne, edukacyjne, psychiczne i ekonomiczne. Według niego życie jest ciągłą próbą zrozumienia, która budka nas zamknęła, i znalezienia sposobu, by się z niej wydostać.
Najbardziej niezwykła była jednak reakcja widzów.
Po emisji filmu w Hiszpanii zaczęły krążyć pogłoski o ludziach naprawdę zamykanych w budkach telefonicznych. Niektórzy podczas rozmowy blokowali drzwi butem, żeby przypadkiem się nie zatrzasnęły.
Firma Telefónica zaczęła obawiać się, że film zaszkodzi wizerunkowi budek i samej telefonii. Dlatego zatrudniono tego samego aktora do reklamy, w której żartował ze swojej filmowej roli i pokazywał, że korzystanie z telefonu jest całkowicie bezpieczne.
Brzmi znajomo?
W 2021 roku w serialu „And Just Like That”, kontynuacji „Seksu w wielkim mieście”, bohater znany jako Mr. Big zmarł na zawał po treningu na rowerze Peloton.
Reakcja widzów była natychmiastowa. Wizerunek firmy ucierpiał, a jej notowania giełdowe spadły. Peloton błyskawicznie przygotował reklamę z aktorem grającym Mr. Biga. W reklamie bohater oczywiście żył, czuł się świetnie i zachwalał korzyści wynikające z ćwiczeń.
Czyli prawie pięćdziesiąt lat później wydarzyła się bardzo podobna historia.
Najpierw fikcyjna śmierć lub tragedia zostaje połączona z konkretnym produktem. Później firma musi przekonać ludzi, że produkt nie stanowi zagrożenia.
Różnica jest tylko taka, że reklama Pelotonu została wycofana kilka dni później, kiedy wobec aktora Chrisa Notha pojawiły się poważne oskarżenia niezwiązane z serialem.
I tak próba ratowania jednego kryzysu wizerunkowego niemal natychmiast zamieniła się w kolejny.
„La cabina” pokazuje więc nie tylko siłę filmu, ale również siłę ludzkiej wyobraźni. Wystarczy dobra historia, aby zwyczajny przedmiot – rower treningowy, prysznic albo budka telefoniczna – przestał być neutralny.
Antonio Mercero zmarł w 2018 roku po wieloletniej walce z chorobą Alzheimera. Mówił kiedyś, że największym zadaniem człowieka jest uwolnienie się z własnych niewidzialnych klatek.
W „La cabina” jego bohaterowi się to nie udało.
Być może dlatego film pozostaje tak przerażający.
Bo najgorszą pułapką nie zawsze jest ta, do której ktoś nas siłą zamknął.
Czasami najgorsza jest ta, której drzwi przez cały czas stoją otwarte, ale mimo to nie potrafimy przez nie wyjść.





Dodaj komentarz