Głosuję na Republikanów, bo…

STRONA GŁÓWNA
Głosuję na Republikanów, bo… | Ameryka PL
AMERYKA PL
PUBLICYSTYKA · KOMENTARZ · OPINIE
Felieton 2.0

Głosuję na
Republikanów, bo…

Osobisty komentarz o granicach, wolności, prawie, rodzinie, demokracji i przyszłości Stanów Zjednoczonych.

Głosuję na Republikanów. I nie dlatego, że uważam Partię Republikańską za idealną. Nie dlatego, że każdy republikański polityk jest uczciwy, a każdy demokrata jest człowiekiem złej woli. Głosuję na Republikanów, ponieważ wiem, w jakiej Ameryce chcę żyć. I przede wszystkim wiem, w jakiej Ameryce żyć nie chcę.

Nie chcę Ameryki otwartych granic. Nie chcę niekontrolowanej imigracji, w której państwo nie wie, kto przekracza jego granice, skąd przybywa i z jakimi zamiarami. Nie chcę kraju, w którym przestrzeganie prawa imigracyjnego staje się powodem do przeprosin, a jego łamanie jest usprawiedliwiane polityczną poprawnością.

Sam jestem imigrantem. I właśnie dlatego uważam, że przyjazd do Stanów Zjednoczonych powinien oznaczać coś więcej niż tylko przekroczenie granicy. Powinien oznaczać szacunek do prawa, historii, języka, kultury i wartości kraju, który daje człowiekowi szansę na nowe życie. Nie mam problemu z tym, że ktoś urodził się poza Ameryką. Mam problem z tym, gdy ktoś przyjeżdża do Ameryki, a następnie oczekuje, że to Ameryka dostosuje się do niego, zamiast on do Ameryki.

Nie chcę, żeby Stany Zjednoczone poszły drogą, którą w mojej ocenie poszły niektóre miasta Wielkiej Brytanii czy Francji. Drogą równoległych społeczeństw, konfliktów kulturowych i coraz większych problemów z integracją. Różnorodność pochodzenia nie musi oznaczać rezygnacji ze wspólnej tożsamości. Ameryka była wielka dlatego, że ludzie z różnych stron świata potrafili stać się Amerykanami, a nie dlatego, że każdy budował tutaj własne państwo w państwie.

Nie chcę oglądać na amerykańskich ulicach demonstracji, podczas których palone są amerykańskie flagi, usprawiedliwia się przemoc albo wykrzykuje hasła wymierzone w kraj, który zapewnia demonstrantom wolność słowa. Nie chcę zamieszek pod szyldem Black Lives Matter ani protestów propalestyńskich, kiedy pokojowa demonstracja zamienia się w zastraszanie, wandalizm czy pochwałę ekstremizmu. Każdy ma prawo protestować. Każdy ma prawo krytykować rząd. Ale prawo do protestu nie jest prawem do niszczenia cudzej własności ani terroryzowania innych obywateli.

Nie chcę burzenia pomników Ojców Założycieli Ameryki. Nie chcę wymazywania George’a Washingtona, Thomasa Jeffersona i kolejnych pokoleń ludzi, którzy budowali ten kraj. Tak, historia Ameryki ma swoje ciemne rozdziały. Tak, jej bohaterowie byli ludźmi ze swoimi wadami. Ale naród, który zaczyna gardzić własnymi korzeniami, wcześniej czy później przestaje rozumieć, kim jest.

Nie chcę również w kółko słuchać absurdalnych haseł, że wszyscy żyjemy na „skradzionej ziemi”, a samo istnienie Stanów Zjednoczonych jest czymś, za co kolejne pokolenia Amerykanów powinny nieustannie przepraszać. Historia świata to przecież historia migracji, podbojów, wojen, zmieniających się granic i powstawania nowych państw. Od starożytnych imperiów po współczesne narody – niemal każda cywilizacja kształtowała się w wyniku konfliktów, ekspansji i przemian terytorialnych. Nie oznacza to, że należy usprawiedliwiać krzywdy wyrządzone rdzennym mieszkańcom Ameryki. Oznacza natomiast, że historii nie można sprowadzać do jednego politycznego sloganu. Jeśli przyjmiemy, że każde państwo powstałe na ziemiach wcześniej zamieszkiwanych przez inne społeczności jest z definicji nielegalne, to zakwestionujemy historyczne podstawy istnienia ogromnej części współczesnego świata. Historia powinna służyć poznawaniu prawdy, również tej bolesnej, a nie wzbudzaniu niekończącego się poczucia zbiorowej winy. Można uznawać historyczne niesprawiedliwości i jednocześnie być dumnym obywatelem Stanów Zjednoczonych. Jedno absolutnie nie wyklucza drugiego.

Nie chcę ideologii woke, która zamiast łączyć ludzi, nieustannie segreguje ich według koloru skóry, płci i tożsamości. Nie chcę, by szkoły zamieniały się w laboratoria ideologicznych eksperymentów. Nie chcę, żeby rodzicom odbierano moralny autorytet w wychowaniu własnych dzieci. Nie chcę, by pod hasłem tolerancji zmuszano mnie do przyjmowania poglądów, których nie podzielam. Szanuję godność każdego człowieka, również osób LGBT. Ale szacunek dla człowieka nie oznacza obowiązku popierania każdej ideologii, każdego postulatu i każdej zmiany społecznej.

Nie chcę słuchać kolejnych wykładów o równości od polityków, którzy sami stosują podwójne standardy. Nie chcę słyszeć, że miliarder wspierający Demokratów jest filantropem i obrońcą demokracji, ale miliarder wspierający Republikanów już rzekomo kupuje wybory. Jeśli wielkie pieniądze w polityce są problemem, to są problemem po obu stronach. Jeśli wpływy najbogatszych budzą wątpliwości, to bez względu na to, komu wystawiają czek.

Mam dość politycznego monopolu na słowo „demokracja”. Mam dość przekonywania, że kiedy Demokraci wygrywają wybory, przemawia naród, a kiedy wygrywają Republikanie, naród podobno pada ofiarą manipulacji. Że kiedy lewica protestuje, korzysta z konstytucyjnych wolności, ale kiedy protestuje prawica, demokracja znajduje się w niebezpieczeństwie. Nie. Demokracja nie jest własnością żadnej partii. Demokracja oznacza również prawo ludzi do wybierania polityków, których liberalne elity nie znoszą.

Nie chcę również w kółko słuchać niekończących się ataków na Donalda Trumpa. Nie chcę, żeby cała amerykańska polityka sprowadzała się do jednego nazwiska, jednej obsesji i nieustannej wojny z człowiekiem, którego miliony Amerykanów wybrały na prezydenta. Można Trumpa lubić albo nie. Można krytykować jego decyzje, sprzeciwiać się jego polityce i rozliczać go z obietnic. Na tym polega demokracja. Ale trzeba również zaakceptować wynik demokratycznych wyborów i uszanować wolę obywateli wyrażoną zgodnie z konstytucyjnymi zasadami. Donald Trump nie będzie prezydentem wiecznie. Każda prezydentura kiedyś się kończy. Tymczasem wybory do Kongresu to zupełnie osobna sprawa. To decyzja o ludziach, którzy będą tworzyć prawo, decydować o podatkach, bezpieczeństwie granic, wydatkach państwa i kierunku rozwoju Ameryki. Senatorowie wybierani są na sześć lat, a członkowie Izby Reprezentantów na dwa, ale konsekwencje ich ustaw mogą być odczuwalne przez całe pokolenia. Dlatego nie chcę, żeby wybory do Kongresu zamieniały się wyłącznie w referendum na temat Donalda Trumpa. Prezydent jest postacią jednego rozdziału amerykańskiej historii. Kongres współtworzy zasady, według których Amerykanie będą żyć jeszcze długo po zakończeniu jego prezydentury. I właśnie dlatego oczekuję od wyborców czegoś więcej niż głosowania pod wpływem sympatii lub nienawiści do jednego człowieka. Tu chodzi o przyszłość kraju, a nie o kolejną odsłonę politycznej wojny personalnej.

Nie chcę nieustannego dzielenia Amerykanów przez obsesyjne sprowadzanie wszystkiego do rasizmu. Nie chcę, by kolor skóry decydował o tym, komu należy się praca, miejsce na uczelni albo polityczne współczucie. Nie chcę nowych reparacji opartych na zbiorowej odpowiedzialności ludzi za czyny popełnione przez poprzednie pokolenia. Nie chcę również dyskryminacji białych Amerykanów usprawiedliwianej hasłami o sprawiedliwości społecznej. Rasizm pozostaje rasizmem niezależnie od tego, przeciwko komu jest skierowany. A prawdziwa równość powinna oznaczać jednakowe zasady, a nie zmianę tego, kto może być dyskryminowany.

Nie chcę odbierania Amerykanom konstytucyjnego prawa do posiadania broni. Druga Poprawka nie jest dekoracją ani historyczną ciekawostką. Jest częścią amerykańskiego rozumienia wolności, odpowiedzialności i prawa do samoobrony. Przestępczości nie zwalcza się przez traktowanie milionów praworządnych właścicieli broni jak potencjalnych przestępców.

Nie chcę Ameryki, w której przestępca z dwudziestoma wyrokami w kartotece po raz kolejny wychodzi na wolność, bo jakiś liberalny prokurator albo sędzia uznał, że należy dać mu dwudziestą pierwszą szansę. Nie chcę systemu sprawiedliwości, który bardziej przejmuje się komfortem recydywisty niż bezpieczeństwem jego przyszłych ofiar. Mam dość polityki pobłażliwości wobec przestępców, wypuszczania ich na ulice i udawania zdziwienia, kiedy znowu dochodzi do tragedii. Dość tłumaczenia brutalnej przestępczości problemami społecznymi, podczas gdy zwykli, uczciwie pracujący Amerykanie boją się chodzić po własnych ulicach. Prawa przestępców nie mogą być ważniejsze od praw ich ofiar. Państwo ma obowiązek chronić przede wszystkim tych, którzy przestrzegają prawa, a nie nieustannie usprawiedliwiać tych, którzy je łamią. Wymiar sprawiedliwości ma wymierzać sprawiedliwość, a nie prowadzić eksperymenty ideologiczne na bezpieczeństwie własnych obywateli.

Nie chcę mediów, które zamiast kontrolować władzę, stają się politycznymi sojusznikami jednej strony. Nie chcę dziennikarstwa, w którym ten sam czyn jest skandalem albo drobnym incydentem w zależności od tego, kto go popełnił. Chcę rozliczenia mediów z manipulacji, przemilczeń i propagandy. Nie przez państwową cenzurę, ale przez jawność, odpowiedzialność i konsekwentne ujawnianie podwójnych standardów.

Nie chcę także Ameryki, która bardziej przejmuje się problemami całego świata niż własnych obywateli. Chcę, żeby Waszyngton najpierw pamiętał o amerykańskich rodzinach, weteranach, pracownikach, małych przedsiębiorcach i ludziach, którzy ledwo wiążą koniec z końcem. Nie chcę finansowania bez końca zagranicznych konfliktów, w tym wojny na Ukrainie, bez jasnej strategii, kontroli wydatków i uczciwej odpowiedzi na pytanie, gdzie przebiega granica amerykańskiej odpowiedzialności. Współczucie dla ofiar wojny nie oznacza wystawiania amerykańskim podatnikom nieograniczonego rachunku.

Chcę Ameryki, w której praca się opłaca. W której państwo nie karze przedsiębiorczości, nie dusi ludzi podatkami i regulacjami, nie traktuje sukcesu jak grzechu. Chcę silnego przemysłu, miejsc pracy, taniej energii i gospodarki, która służy przede wszystkim obywatelom Stanów Zjednoczonych.

Chcę również Ameryki, w której rodzina nie jest przestarzałym pojęciem. W której ojciec i matka wychowują dzieci w miłości, odpowiedzialności, szacunku do starszych, wierze i patriotyzmie. Chcę wychowywać swoje dzieci w wierze katolickiej i konserwatywnych wartościach, które od pokoleń współtworzyły moralne fundamenty amerykańskiego społeczeństwa. Nie żądam, żeby wszyscy żyli tak jak ja. Żądam, żeby nikt nie traktował mojego modelu rodziny, mojej wiary i moich przekonań jak czegoś, czego należy się wstydzić.

Chcę Ameryki, w której dzieci uczą się czytać, pisać, liczyć, rozumieć historię swojego kraju i szanować jego symbole. Nie chcę szkoły, która wychowuje małych aktywistów politycznych, zanim nauczy ich samodzielnego myślenia.

I wreszcie chcę Ameryki, która nie przeprasza za to, że jest Ameryką. Kraju, w którym flaga jest symbolem dumy, hymn budzi szacunek, konstytucja jest traktowana poważnie, a obywatelstwo oznacza nie tylko prawa, lecz także obowiązki.

Czy Republikanie zawsze spełniają te oczekiwania? Oczywiście, że nie. Czy mają w swoich szeregach hipokrytów, oportunistów i ludzi, którzy bardziej dbają o własną karierę niż o kraj? Oczywiście, że mają. I ich także należy rozliczać.

Ale wybory nie polegają na szukaniu partii aniołów. Polegają na wyborze kierunku, w którym ma podążać państwo.

Dlatego głosuję na Republikanów.

Nie dlatego, że nienawidzę Demokratów. Nie dlatego, że boję się ludzi innych narodowości, ras czy przekonań. Ale dlatego, że kocham Amerykę i nie chcę, żeby zatraciła to, co czyniło ją wyjątkową.

Przyjechałem do Stanów Zjednoczonych nie po to, żeby oglądać, jak stają się kopią problemów, przed którymi przez pokolenia uciekali ludzie z całego świata. Przyjechałem tutaj, ponieważ wierzyłem w amerykański sen, wolność jednostki, ciężką pracę, odpowiedzialność i możliwość zbudowania lepszego życia.

I dzisiaj chcę, żeby moje dzieci również miały szansę żyć w takiej Ameryce.

Bo dla mnie hasło „America First” nie oznacza nienawiści do reszty świata.

Oznacza coś znacznie prostszego.

Ameryka jest naszym domem. A obowiązkiem każdego pokolenia jest przekazać ten dom następnym w lepszym stanie, niż go zastało.

I właśnie dlatego głosuję na Republikanów.

Na koniec chcę powiedzieć jedno. Każdy z nas ma prawo do własnych poglądów, własnych przekonań i własnego wyboru przy urnie wyborczej. Na tym właśnie polega wolność, która od pokoleń stanowi fundament Stanów Zjednoczonych. Nie musimy się ze sobą zgadzać. Nie musimy głosować na tych samych kandydatów ani popierać tej samej partii. Ale powinniśmy szanować swoje prawo do podejmowania takich decyzji.

Ja przedstawiłem wam dzisiaj swoje racje. Powiedziałem, w jaką Amerykę wierzę, jakich wartości chcę bronić i w jakim kraju chciałbym wychowywać następne pokolenia. Wy możecie mieć zupełnie inne zdanie. I macie do tego pełne prawo.

Zachęcam was jednak wszystkich, bez względu na poglądy polityczne, do udziału w tegorocznych wyborach uzupełniających do Kongresu, które odbędą się 3 listopada. Nie pozwólcie, żeby inni podejmowali za was decyzje dotyczące przyszłości tego kraju. Zapoznajcie się z kandydatami, przemyślcie swoje priorytety i oddajcie głos zgodnie z własnym sumieniem.

Bo ostatecznie Ameryka nie należy ani do Republikanów, ani do Demokratów. Ameryka należy do jej obywateli. A demokracja jest tak silna, jak silna jest wola obywateli, by z niej korzystać.

To był Felieton 2.0. J.B.

AMERYKA PL · FELIETON 2.0

Zapis pozostaje tylko w tej przeglądarce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Więcej artykułów