W ciągu zaledwie 24 godzin około 60 tysięcy migrantów przedostało się z Maroka do hiszpańskiej Ceuty. To liczba odpowiadająca blisko 70 procentom mieszkańców tego niewielkiego terytorium. Co najmniej 41 osób zginęło podczas prób sforsowania granicy — część utonęła, inne zostały stratowane. Ceuta to autonomiczne miasto należące do Hiszpanii, położone na północnym wybrzeżu Afryki, przy granicy z Marokiem i niedaleko Cieśniny Gibraltarskiej.
Masowy napływ doprowadził do chaosu i poważnego kryzysu humanitarnego. Tysiące ludzi, w tym nieletni bez opieki, nocowały w parkach i na ulicach. Hiszpania skierowała do Ceuty wojsko oraz dodatkowe siły policyjne. Według władz około połowa migrantów dobrowolnie wróciła już do Maroka.
Premier Pedro Sánchez nazwał wydarzenia „naruszeniem integralności terytorialnej Hiszpanii”, ale odpowiedzialnością obciążył przede wszystkim przemytników ludzi. Jego krytycy wskazują jednak, że liberalna polityka migracyjna rządu i zapowiedź legalizacji pobytu setek tysięcy nielegalnych migrantów mogły stworzyć wrażenie, że Hiszpania otwiera granice.
Władze wiążą nagły napływ także z orzeczeniem Sądu Najwyższego, zgodnie z którym migrantów przybywających drogą morską nie można natychmiast odsyłać. Informacja ta miała zostać wykorzystana przez siatki przemytnicze i błyskawicznie rozpowszechniona wśród osób planujących przeprawę.
Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen zażądała zatrzymania niebezpiecznych przepraw, rozbicia sieci przemytniczych oraz szybkiego odsyłania osób, które nie mają prawa pozostać w Unii Europejskiej. Francja zapowiedziała wzmocnienie kontroli na granicy z Hiszpanią, a premier Włoch Giorgia Meloni zagroziła nadzwyczajnymi działaniami w celu ochrony włoskich granic.
Kryzys w Ceucie pokazuje konsekwencje utraty kontroli nad granicami. Gdy państwo wysyła niejasne sygnały dotyczące legalizacji pobytu i deportacji, korzystają na tym przemytnicy, a cenę płacą zarówno mieszkańcy, służby, jak i sami migranci.





Dodaj komentarz