Felieton 2.0 – Największa Ziemia świata ukryta w szklanym budynku w stanie Maine

STRONA GŁÓWNA

Jadąc autostradą międzystanową I-295 przez niewielkie Yarmouth w stanie Maine, trudno jej nie zauważyć.

Za ogromnymi szybami trzypiętrowego atrium powoli obraca się Ziemia.

Widać oceany, kontynenty, pasma górskie, miasta i drogi. Kula jest tak wielka, że można oglądać ją z kilku poziomów — raz z perspektywy bieguna południowego, innym razem z wysokości równika, a chwilę później niemal znad Grenlandii.

Nie jest to ekran, projekcja ani komputerowa animacja.

To ważący ponad dwie i pół tony globus o średnicy przeszło 12,5 metra.

Nazywa się Eartha i od 1999 roku posiada oficjalny tytuł największego obracającego się i krążącego globusa na świecie.

Powstała w czasach, gdy cyfrowe mapy dopiero zaczynały trafiać do amerykańskich domów, a internet nie zdążył jeszcze umieścić całej planety na ekranie telefonu.

Była demonstracją możliwości technologicznych firmy kartograficznej.

Była gigantyczną reklamą.

Była spełnieniem marzenia człowieka, który przez lata pomagał ludziom odnaleźć drogę, a następnie postanowił zbudować dla nich całą Ziemię.

Historia Earthy zaczęła się znacznie wcześniej niż w 1998 roku.

W 1976 roku David DeLorme stworzył „Maine Atlas and Gazetteer” — szczegółowy atlas stanu Maine, zawierający nie tylko główne drogi, ale również niewielkie miejscowości, jeziora, szlaki, tereny leśne i miejsca, których próżno było szukać na zwykłych mapach samochodowych.

W stanie pełnym lasów, gór i obszarów pozbawionych zasięgu telefonicznego atlas stał się niemal obowiązkowym wyposażeniem kierowców, turystów, myśliwych i wędkarzy.

Wiele lat później, gdy komputery osobiste zaczęły pojawiać się w amerykańskich domach, firma DeLorme Publishing wypuściła program „Street Atlas USA” na płytach CD-ROM.

Przez pewien czas był to jeden z najpopularniejszych cyfrowych produktów kartograficznych w Stanach Zjednoczonych.

Dzisiaj trudno wyobrazić sobie podróż bez nawigacji satelitarnej. Telefon pokazuje natężenie ruchu, przewidywany czas dotarcia, zamknięte drogi, restauracje, stacje benzynowe, a nawet zdjęcia budynku, do którego zmierzamy.

W latach 90. możliwość wpisania adresu do komputera i wyświetlenia trasy na kolorowej mapie wydawała się jednak niemal futurystyczna.

DeLorme znalazł się na granicy dwóch światów.

Jednego zbudowanego z papierowych atlasów, składanych map i kolorowych oznaczeń dróg.

Drugiego opartego na komputerach, satelitach, bazach danych i cyfrowej nawigacji.

David DeLorme chciał stworzyć coś, co połączy oba te światy.

Coś, czego nie będzie można zignorować.

Pomysł na największą reklamę w Maine

Pod koniec lat 90. firma planowała budowę nowej siedziby w Yarmouth, około 15 minut jazdy na północ od Portland.

David DeLorme uznał, że zwykły biurowiec nie wystarczy.

Nowa siedziba miała pokazywać, czym zajmuje się jego przedsiębiorstwo. Potrzebowała symbolu, który byłby jednocześnie mapą, konstrukcją inżynieryjną i demonstracją technologicznych ambicji firmy.

DeLorme wpadł więc na pomysł stworzenia modelu Ziemi w skali jeden do miliona.

Oznaczało to, że jeden milimetr na powierzchni globusa miał odpowiadać mniej więcej jednemu kilometrowi na rzeczywistej planecie.

Kalifornia na takim modelu mierzy zaledwie około metra wysokości.

Kontynenty, które na zwykłym globusie mieszczą się pod dłonią, miały stać się większe od człowieka.

Kula miała zostać ustawiona pod kątem 23,5 stopnia, odpowiadającym nachyleniu osi Ziemi. Miała się obracać, ale jednocześnie również krążyć wokół punktu zamocowania, naśladując w uproszczony sposób dzienny i roczny ruch naszej planety.

Całość miała zostać zamknięta w trzypiętrowym, przeszklonym atrium.

Pomysł znajdował się gdzieś na granicy geniuszu i szaleństwa.

Jeden z dawnych pracowników firmy wspominał później, że Eartha reprezentowała bardzo cienką linię oddzielającą pytanie: „Czy to jest genialne?” od pytania: „Czy to jest kompletnie absurdalne?”.

Najpierw trzeba było jednak ustalić, czy tak wielka konstrukcja w ogóle może działać.

Eartha ma nieco ponad 41 stóp średnicy, czyli około 12,5 metra.

Jej obwód wynosi prawie 40 metrów, a masa przekracza 2,5 tony.

Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, globus nie jest wielką, jednolitą metalową kulą. Taka konstrukcja byłaby zbyt ciężka i trudna do wprawienia w ruch.

Sercem Earthy jest lekki, ale niezwykle wytrzymały system aluminiowych kratownic.

Twórcy wykorzystali konstrukcję inspirowaną kopułami geodezyjnymi. Układ oparty na połączonych figurach przestrzennych pozwolił stworzyć szkielet zachowujący odpowiednią sztywność przy stosunkowo niewielkiej masie.

Na tym szkielecie zamontowano 792 osobne panele.

Każdy zawiera fragment mapy powstałej z połączenia zdjęć satelitarnych, danych o ukształtowaniu powierzchni, sieci drogowej, miast i elementów geograficznych.

Z oddali panele tworzą jednolitą planetę.

Z bliska można dostrzec coś znacznie bardziej szczegółowego niż na zwykłym szkolnym globusie. Góry zostały przedstawione za pomocą cieniowanego reliefu, oceany otrzymały informacje o głębokości, a na kontynentach zaznaczono drogi i ośrodki miejskie.

Do stworzenia cyfrowej mapy wykorzystano około 140 gigabajtów danych.

Dzisiaj taka liczba nie wydaje się szczególnie imponująca. W latach 90. była jednak ogromna. Przechowywanie, przetwarzanie i przygotowanie tylu informacji wymagało zaawansowanych komputerów oraz pracy całego zespołu kartografów.

Jedną z osób odpowiedzialnych za przygotowanie danych była Mabel Ney.

Po latach mówiła, że gdyby kiedyś miała napisać własny nekrolog, udział w budowie Earthy zajmowałby w nim bardzo ważne miejsce.

Prace nad globusem trwały około dwóch lat i zaangażowały w różnym stopniu niemal 200 pracowników DeLorme.

Nie wszystko przebiegało zgodnie z planem.

Według jednej z historii, gdy konstrukcja była już częściowo złożona, David DeLorme zauważył niewielką wadę.

W przypadku zwykłego przedmiotu można byłoby ją prawdopodobnie zignorować albo zamaskować.

DeLorme kazał jednak rozebrać globus i zbudować go ponownie.

Całą Ziemię trzeba było rozpocząć od nowa.

Jego córka Brook wspominała, że jeszcze na etapie projektowania widywała ojca na parkingu przed dawną siedzibą firmy w Freeport. Malował na asfalcie wielkie okręgi, próbując wyobrazić sobie rzeczywistą średnicę konstrukcji.

Według innej opowieści jeden z pracowników zobaczył kiedyś DeLorme’a, który późną nocą jeździł na powstającym globusie niczym na gigantycznej karuzeli.

Trudno powiedzieć, ile prawdy znajduje się w tej historii.

Pasuje jednak do człowieka, który postanowił zbudować planetę większą od trzypiętrowego domu.

Eartha nie jest nieruchomą makietą.

Cała kula została zamontowana na specjalnie zaprojektowanym wsporniku wysięgnikowym. Konstrukcja utrzymuje globus pod nachyleniem 23,5 stopnia, takim samym jak oś rzeczywistej Ziemi.

Za ruch odpowiadają dwa silniki elektryczne sterowane komputerowo.

Pierwszy obraca globus wokół jego własnej osi.

Drugi wprawia w ruch całą pochyloną konstrukcję wokół punktu mocowania do podłogi.

Połączenie obu ruchów daje uproszczone wrażenie jednoczesnego obrotu Ziemi odpowiadającego za dzień i noc oraz obiegu planety wokół Słońca, który wyznacza kolejne pory roku.

Pełny cykl Earthy trwa około 18 minut.

Globus obraca się więc wystarczająco wolno, aby odwiedzający mogli obserwować przesuwające się kontynenty, robić zdjęcia i porównywać miejsca widziane z różnych poziomów.

Podobno mechanizm pozwalał również znacznie przyspieszyć konstrukcję — do tego stopnia, aby symboliczny ziemski rok trwał zaledwie minutę.

W takim tempie wiosna, lato, jesień i zima mijałyby szybciej niż reklama w telewizji.

Dzień, w którym gubernator dokończył Ziemię

Oficjalne ukończenie Earthy nastąpiło latem 1998 roku.

W atrium zgromadzili się pracownicy firmy, zaproszeni goście i przedstawiciele władz.

Ostatni panel przedstawiający stan Maine został zamontowany 23 lipca przez gubernatora Angusa Kinga wspólnie z Davidem DeLorme’em.

W ten sposób cała planeta została symbolicznie dokończona właśnie w miejscu, w którym narodził się pomysł jej budowy.

Rok później do Yarmouth przyjechali przedstawiciele Księgi Rekordów Guinnessa.

Dokładnie zmierzyli konstrukcję.

Okazało się, że Eartha ma około 41 stóp i półtora cala średnicy. Była więc nieco mniejsza niż początkowo zakładane 42 stopy, ale nadal wystarczająco wielka, aby zdobyć światowy rekord.

Pokonała między innymi obracający się globus we Włoszech o średnicy około 33 stóp oraz wcześniejszą amerykańską rekordzistkę — stalową kulę o średnicy około 28 stóp, znajdującą się w Wellesley w stanie Massachusetts.

Od tego czasu Eartha pozostaje największym obracającym się i krążącym globusem świata.

Trzypiętrowe atrium zaprojektowano w taki sposób, aby odwiedzający mogli oglądać Earthę z kilku wysokości.

Na najniższym poziomie człowiek znajduje się niemal pod południowym biegunem. Kula dominuje nad nim, a jej ogrom może wywoływać wrażenie, jakby stało się pod zawieszoną w powietrzu planetą.

Z kolejnego poziomu można obserwować okolice równika.

Na najwyższym piętrze widz znajduje się mniej więcej na wysokości Grenlandii i północnych obszarów globusa.

Zmiana perspektywy całkowicie zmienia odbiór konstrukcji.

Na dole można poczuć się jak mrówka.

Na środkowym poziomie — jak podróżnik patrzący na świat z pokładu samolotu.

Na górnym — jak astronauta albo mityczny Atlas, który zamiast dźwigać planetę na ramionach, może spoglądać na nią z balkonu.

Z Earthą wiąże się zresztą wiele osobliwych historii.

Pewnej nocy pracownik miał znaleźć pod globusem młodego człowieka, który przykucnął w pozie Atlasa, jakby próbował utrzymać całą kulę na plecach.

Innym razem Earthę odwiedził człowiek, który rzeczywiście oglądał Ziemię z kosmosu.

Neil Armstrong stanął na balkonie trzeciego piętra i spojrzał w dół na model planety.

Dla większości odwiedzających jest to niezwykła perspektywa.

Dla pierwszego człowieka, który chodził po Księżycu, mogła wydać się zaskakująco znajoma.

Eartha miała reklamować firmę kartograficzną, ale z czasem zaczęła znaczyć dla ludzi znacznie więcej.

Dawni pracownicy wspominali, że czasami siadali przed globusem w ciszy, aby odpocząć albo uporządkować myśli.

Powolny ruch kontynentów działał niemal hipnotycznie.

Jeden z byłych menedżerów DeLorme spotkał przy konstrukcji weterana II wojny światowej. Mężczyzna spoglądał na mapę i płakał, przypominając sobie miejsca, w których walczył, oraz ludzi, którzy z tych miejsc nigdy nie wrócili.

Dla jednej osoby Eartha była gigantycznym osiągnięciem inżynieryjnym.

Dla innej — mapą rodzinnych podróży.

Dla emigranta mogła przedstawiać odległość między nowym domem a krajem dzieciństwa.

Dla weterana stawała się mapą wojny.

Dla dziecka była planetą zbudowaną przez dorosłych.

Eartha pokazuje cały świat, ale każdy odnajduje na niej inną historię.

Nawet największy mechaniczny globus potrzebuje napraw.

Około 2006 roku układ napędowy Earthy zaczął się psuć.

Dla nieruchomego pomnika nie byłby to wielki problem. Eartha zdobyła jednak rekord właśnie dlatego, że jednocześnie obracała się i krążyła.

Zatrzymana Ziemia przestawała być tym, czym miała być.

Konstrukcję wyłączono, a wykonany na zamówienie system napędowy musiał zostać przebudowany. Pod koniec 2007 roku globus znów ruszył.

Z czasem problemem stały się również same panele. Niektóre zaczęły się odkształcać i zapadać.

Brook DeLorme, córka twórcy globusa, wspinała się do wnętrza konstrukcji niemal jak szympans. Podpierała uszkodzone fragmenty prowizorycznymi wzmocnieniami wykonanymi między innymi z elementów karniszy i niepotrzebnych płyt CD.

Była to dość niezwykła naprawa największego globusa świata.

Z zewnątrz Eartha wyglądała jak symbol technologicznej potęgi.

W środku jej kontynenty były czasami podtrzymywane przez stare płyty kompaktowe.

Firma zniknęła, globus pozostał

W 2016 roku firma DeLorme została przejęta przez Garmin — przedsiębiorstwo znane z urządzeń GPS, map i systemów nawigacyjnych.

Świat kartografii zmienił się w sposób, który trudno było sobie wyobrazić, gdy David DeLorme zaczynał wydawać papierowy atlas stanu Maine.

Mapy przeniosły się do internetu.

Nawigacje samochodowe ustąpiły miejsca aplikacjom w telefonach.

Zdjęcia satelitarne całej planety stały się dostępne dla niemal każdego użytkownika.

Możemy w kilka sekund spojrzeć na dowolne miasto, przelecieć wirtualnie nad górami, obejrzeć dach własnego domu i sprawdzić trasę prowadzącą na drugi koniec kontynentu.

W pewnym sensie nigdy wcześniej nie mieliśmy tak łatwego dostępu do Ziemi.

A jednocześnie coraz rzadziej oglądamy ją jako całość.

Na ekranie telefonu widzimy zwykle tylko niewielki fragment mapy — kilka ulic, dzielnicę, trasę albo pinezkę oznaczającą cel podróży.

Eartha zmusza człowieka do cofnięcia się o krok.

Nie pokazuje wyłącznie drogi do restauracji czy następnego zjazdu z autostrady.

Pokazuje planetę.

Po przejęciu DeLorme Garmin zdecydował się zachować globus. Eartha nadal obraca się w tym samym szklanym atrium, choć dawne logo firmy zostało zastąpione nowym.

W okolicach 25. rocznicy konstrukcja przeszła gruntowne odświeżenie. Zużyte i wyblakłe fragmenty powierzchni zostały wymienione, a oceany i kontynenty odzyskały intensywne kolory.

Eartha ponownie wygląda niemal tak, jak podczas swojej premiery.

Przeszklone atrium można zauważyć z drogi, szczególnie po zapadnięciu ciemności.

Wtedy oświetlona Eartha powoli obraca się za szybami niczym planeta zawieszona w przestrzeni.

David DeLorme nadal miał dzwonić do córki, gdy przejeżdżał nocą obok dawnej siedziby swojej firmy.

Mówił jej, jak pięknie wygląda globus.

Trudno mu się dziwić.

Większość ludzi może obserwować efekty własnej pracy na papierze, ekranie albo ścianie budynku.

DeLorme mógł przejeżdżać autostradą i oglądać całą stworzoną przez siebie Ziemię.

Kiedyś to globus mieścił świat. Dzisiaj świat mieści się w telefonie

Eartha powstała w szczególnym momencie historii.

Internet zaczynał zmniejszać odległości między ludźmi. Komputery stawały się częścią codziennego życia. Cyfrowe mapy wypierały papierowe atlasy, ale nie były jeszcze czymś oczywistym.

Gigantyczny globus miał symbolizować planetę, która dzięki technologii staje się coraz bardziej dostępna i połączona.

Dzisiaj niemal każdy nosi w kieszeni dokładniejsze mapy, niż te, którymi dysponowały całe rządy jeszcze kilkadziesiąt lat temu.

Możemy powiększać obraz, zmieniać perspektywę, wyświetlać granice, ukształtowanie terenu, budynki i ruch uliczny.

Żadna cyfrowa mapa nie daje jednak dokładnie tego samego doświadczenia co Eartha.

Telefon pokazuje nam przede wszystkim, gdzie jesteśmy i dokąd chcemy dotrzeć.

Eartha pokazuje, jak niewielki fragment świata zajmujemy.

Na jej powierzchni największe metropolie są niemal niewidoczne. Granice, o które ludzie prowadzą wojny, stają się cienkimi liniami. Państwa, które w wiadomościach wydają się całym światem, zajmują jedynie mały fragment jednego z kontynentów.

Z wysokości trzeciego piętra nie widać korków, politycznych sporów ani codziennych problemów.

Widać planetę.

Jedną kulę obracającą się powoli w szklanym budynku w stanie Maine.

Człowiek, który nie chciał stworzyć zwykłej mapy

David DeLorme mógł postawić przed siedzibą swojej firmy wielki szyld.

Mógł zbudować fontannę, pomnik albo zwykły globus ustawiony na cokole.

Zamiast tego postanowił odtworzyć nachylenie Ziemi, jej obrót i symboliczny ruch roczny. Zaangażował setki pracowników, ogromną ilość danych, specjalnie zaprojektowany system kratownic oraz dwa komputerowo sterowane silniki.

Kazał rozebrać konstrukcję, gdy dostrzegł w niej wadę.

Zbudował ją ponownie.

A potem zamknął całą planetę za szybą, aby każdy przejeżdżający autostradą mógł choć na chwilę spojrzeć na świat inaczej.

Eartha jest rekordem Guinnessa, atrakcją turystyczną i niezwykłym osiągnięciem inżynieryjnym.

Jest również pamiątką po czasach, gdy mapa była czymś więcej niż niebieską linią prowadzącą do celu.

Przypominała, że za każdą drogą znajduje się kolejne miasto, za każdym miastem następny region, a za każdym horyzontem dalsza część świata.

Prawdziwa Ziemia potrzebuje około 24 godzin, aby obrócić się wokół własnej osi, i roku, aby okrążyć Słońce.

Eartha potrzebuje na swój cykl zaledwie 18 minut.

Nie posiada atmosfery, pogody ani oceanów. Nie mieszkają na niej ludzie i nie widać z niej świateł miast.

A jednak, gdy obraca się nocą za szklanymi ścianami atrium, przez chwilę może wyglądać jak prawdziwa planeta zawieszona pośrodku kosmosu.

Tyle że tym razem nie patrzymy na nią z Księżyca.

Wystarczy zjechać z autostrady w niewielkim mieście w Maine.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Więcej artykułów