Kapitan z Köpenick. Szewc, który pokonał pruską machinę jednym mundurem.

STRONA GŁÓWNA

Wyobraźcie sobie człowieka, który nie ma wojska, nie ma broni, nie ma stanowiska, nie ma żadnej władzy.

Ma za to stary mundur kupiony z drugiej ręki.

I to wystarcza, żeby żołnierze zaczęli wykonywać jego rozkazy, policja przestała zadawać pytania, burmistrz dał się aresztować, a miejska kasa została opróżniona.

Brzmi jak komedia?

A jednak wydarzyło się naprawdę.

Berlin, 16 października 1906 roku.

Wilhelm Voigt miał 57 lat. Był szewcem, wielokrotnym więźniem i człowiekiem, którego państwo praktycznie wyrzuciło poza nawias społeczeństwa.

Urodził się w 1850 roku. Już jako młody człowiek wszedł na drogę przestępstwa. Kradzieże, fałszerstwa, kolejne wyroki. W sumie spędził w więzieniach około ćwierć wieku.

Kiedy wreszcie wychodził na wolność, teoretycznie miał zacząć nowe życie.

Problem polegał na tym, że ówczesne państwo pruskie niespecjalnie mu na to pozwalało.

Żeby dostać legalną pracę, potrzebował odpowiednich dokumentów. Żeby otrzymać dokumenty i prawo pobytu, dobrze było mieć pracę.

Voigt utknął więc w biurokratycznej pułapce.

Próbował pracować jako szewc, ale przez kryminalną przeszłość policja uznawała go za osobę niepożądaną. W końcu nakazano mu opuścić okolice Berlina.

I wtedy w jego głowie narodził się jeden z najbardziej absurdalnych planów w historii Niemiec.

Voigt zaczął kompletować mundur kapitana armii pruskiej.

Nie zdobył go w żadnym arsenale.

Poszczególne części używanego munduru kupował w sklepach i na targach.

W końcu założył mundur.

I nagle przestał być bezrobotnym szewcem Wilhelmem Voigtem.

Dla ludzi stojących przed nim stał się kapitanem.

Podszedł do grupy żołnierzy wracających do koszar i zwyczajnie rozkazał im pójść za sobą.

I oni poszli.

Nikt nie poprosił o dokument.

Nikt nie zadzwonił do dowództwa.

Nikt nie zapytał:

„Panie kapitanie, właściwie kim pan jest?”

Mundur wystarczył.

Voigt zebrał w ten sposób oddział żołnierzy i zabrał ich pociągiem do Köpenick, wówczas niewielkiego miasta pod Berlinem.

Na miejscu wydał kolejne rozkazy.

Żołnierze mieli otoczyć ratusz i pilnować wejść.

Policji polecono zachować porządek.

A następnie fałszywy kapitan wkroczył do środka.

Burmistrz Georg Langerhans został poinformowany, że jest aresztowany.

Podobny los spotkał miejskiego skarbnika.

Powód?

Rzekome nieprawidłowości finansowe.

Oczywiście żadnego prawdziwego śledztwa nie było.

Voigt przejął znajdujące się w miejskiej kasie nieco ponad 4 tysiące marek.

I najlepsze jest to, że wystawił pokwitowanie.

Czyli szewc przebrany za kapitana nie tylko okradł ratusz przy pomocy prawdziwych żołnierzy.

On jeszcze zostawił dokument potwierdzający przejęcie pieniędzy.

Następnie rozkazał żołnierzom przewieźć zatrzymanych urzędników do Berlina.

Sam spokojnie opuścił Köpenick, przebrał się z powrotem w cywilne ubranie i zniknął.

Dopiero później cała machina państwowa zorientowała się, że została ośmieszona przez jednego człowieka w używanym mundurze.

Rozpoczęła się ogromna obława.

Voigta złapano po około dziesięciu dniach.

Został skazany na cztery lata więzienia między innymi za podszywanie się pod oficera, bezprawne pozbawienie wolności i fałszerstwa.

Tyle że wydarzyło się coś nieoczekiwanego.

Społeczeństwo zaczęło mu kibicować.

Dlaczego?

Bo cała historia pokazała absurd systemu, w którym mundur i stopień wojskowy potrafiły znaczyć więcej niż zdrowy rozsądek.

Voigt nie miał prawdziwej władzy.

Ludzie sami mu ją dali.

Bo wyglądał jak człowiek, którego należy słuchać.

Podobno nawet cesarz Wilhelm II był rozbawiony całą historią.

W 1908 roku Voigt został przez cesarza ułaskawiony i wyszedł z więzienia przed końcem wyroku.

I wtedy zrobił coś, co dzisiaj nazwalibyśmy perfekcyjnym wykorzystaniem własnej marki.

Został… Kapitanem z Köpenick.

Tym razem już oficjalnie.

Pozował do zdjęć w mundurze.

Występował przed publicznością.

Podróżował po Niemczech, Austrii i innych krajach.

W 1909 roku wydał książkę pod tytułem „Jak zostałem Kapitanem z Köpenick”.

Dotarł nawet do Stanów Zjednoczonych.

Jego podobizna trafiła także do Madame Tussauds.

Człowiek, którego kilka lat wcześniej państwo nie chciało dopuścić do normalnego życia, stał się międzynarodową gwiazdą.

W 1910 roku przeniósł się do Luksemburga.

Tam pracował między innymi jako kelner i szewc, później kupił dom.

Zmarł w 1922 roku i został pochowany właśnie w Luksemburgu.

Ale historia Kapitana z Köpenick nie umarła razem z nim.

W 1931 roku Carl Zuckmayer napisał słynną sztukę teatralną „Der Hauptmann von Köpenick”.

Powstawały filmy.

W samym Köpenick stoi dziś pomnik Voigta, a w ratuszu można zobaczyć wystawę poświęconą jego historii.

W języku niemieckim pojawiło się nawet określenie „Köpenickiade” – sytuacja, w której ludzie wykonują polecenia tylko dlatego, że ktoś występuje z pozorami władzy i autorytetu.

I chyba właśnie dlatego historia Wilhelma Voigta jest ciekawa ponad sto lat później.

Bo tak naprawdę nie jest to opowieść o genialnym przestępcy.

To opowieść o ludziach.

O tym, jak łatwo mylimy symbole władzy z prawdziwą władzą.

Mundur.

Tytuł.

Stanowisko.

Odpowiedni ton głosu.

Pewność siebie.

Czasami człowiek nie musi nawet udowadniać, że ma prawo wydawać rozkazy.

Wystarczy, że zachowuje się tak, jakby je miał.

Wilhelm Voigt potrzebował tylko starego munduru, kilku zdecydowanych zdań i społeczeństwa wychowanego w przekonaniu, że rozkazu przełożonego się nie kwestionuje.

I na kilka godzin bezrobotny szewc został jednym z najpotężniejszych ludzi w Köpenick.

Nie dlatego, że dostał władzę.

Dlatego, że wszyscy dookoła uwierzyli, że ją ma.

I może właśnie dlatego Kapitan z Köpenick przeszedł do historii nie jako zwykły złodziej.

Ale jako człowiek, który jednym używanym mundurem obnażył słabość całego systemu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Więcej artykułów