Człowiek, który szukał jednej rzeczy, a znalazł ruch Ziemi

STRONA GŁÓWNA

James Bradley chciał zobaczyć, jak gwiazda lekko przesuwa się na niebie. Nie zobaczył. Zamiast tego odkrył, że Ziemia pędzi wokół Słońca, światło nie dociera do nas natychmiast, a nieudany eksperyment może przejść do historii nauki jako wielki sukces.

Całkiem nieźle jak na porażkę.

Był początek XVIII wieku. Model Kopernika miał już prawie dwieście lat, Galileusz skierował teleskop w niebo, Newton opisał grawitację, a jednak wciąż pozostawał pewien kłopot: skoro Ziemia naprawdę krąży wokół Słońca, pobliskie gwiazdy powinny w ciągu roku odrobinę zmieniać położenie na tle tych dalszych.

To zjawisko nazywamy paralaksą. Najłatwiej zrozumieć je bez teleskopu. Wystarczy wyciągnąć przed siebie palec, zamknąć jedno oko, a potem drugie. Palec pozornie przeskakuje względem tła, chociaż przecież się nie poruszył. Zmienił się tylko punkt obserwacji.

Z Ziemią powinno być podobnie. W styczniu patrzymy na gwiazdy z jednej strony ziemskiej orbity, a pół roku później — z drugiej. Jeżeli potrafilibyśmy zmierzyć to maleńkie przesunięcie, otrzymalibyśmy nie tylko mocny dowód ruchu Ziemi, lecz także sposób wyznaczania odległości do gwiazd.

W grudniu 1725 roku astronom Samuel Molyneux zaprosił Bradleya do swojej posiadłości w Kew. Panowie zamierzali obserwować Gamma Draconis, gwiazdę w gwiazdozbiorze Smoka. Wybrali ją bardzo rozsądnie: przechodziła niemal dokładnie nad głowami obserwatorów, dzięki czemu wpływ ziemskiej atmosfery był stosunkowo niewielki.

Bradley wiedział, jakiego ruchu gwiazdy powinien się spodziewać. Problem polegał na tym, że Gamma Draconis zaczęła przemieszczać się w niewłaściwym kierunku i osiągała skrajne położenia w niewłaściwych miesiącach.

Wyobraźmy sobie człowieka, który chce sprawdzić, czy jego zegarek spieszy się o minutę, a odkrywa, że czas płynie bokiem.

Bradley mógł uznać, że zawinił instrument. Mógł poprawić wyniki tak, aby bardziej odpowiadały teorii. Mógł też stwierdzić, że gwiazdy mają swoje kaprysy i należy uszanować ich prywatność. Zrobił jednak to, co robią najlepsi naukowcy: potraktował dziwne dane poważnie.

Od 1727 roku obserwował kolejne gwiazdy. Okazało się, że one również wykonują podobny, regularny taniec. Nie mogła to być paralaksa, ponieważ rytm i kierunek ruchu się nie zgadzały. Wyjaśnienie przyszło podobno podczas rejsu po Tamizie.

Bradley zauważył wtedy chorągiewkę na maszcie. Jej ustawienie zależało nie tylko od rzeczywistego kierunku wiatru, lecz także od ruchu łodzi. Kiedy łódź skręcała, wiatr pozornie zmieniał kierunek.

To samo dzieje się, gdy idziemy w pionowo padającym deszczu. Jeśli stoimy, trzymamy parasol nad głową. Jeśli zaczynamy biec, musimy pochylić go do przodu. Deszcz nie zmienił kierunku — to my zaczęliśmy się poruszać.

Zdaniem Bradleya podobny efekt zachodził podczas obserwowania gwiazd. Światło porusza się z ogromną, ale skończoną prędkością. W tym samym czasie Ziemia przemieszcza się po orbicie. Aby promień światła trafił do poruszającego się teleskopu, instrument trzeba więc skierować pod minimalnie innym kątem — tak jak pochyla się parasol podczas biegu.

Zjawisko to nazwano aberracją światła.

Odkrycie miało potężne znaczenie. Bradley nadal nie potrafił zmierzyć paralaksy, której szukał, ale zaobserwował efekt bezpośrednio zależny od ruchu Ziemi wokół Słońca. Nie tylko mówił więc: „Ziemia prawdopodobnie się porusza”. Pokazał regularne przesunięcie gwiazd, które wynikało z prędkości i kierunku ruchu naszej planety.

Był to jeden z najbardziej przekonujących bezpośrednich dowodów obserwacyjnych na to, że Ziemia naprawdę obiega Słońce.

Na tym nie koniec. Znając prędkość orbitalną Ziemi i zmierzony kąt aberracji, Bradley mógł oszacować prędkość światła. Przedstawił wynik w bardzo obrazowej formie: światło potrzebuje 8 minut i 12 sekund, aby dotrzeć ze Słońca na Ziemię.

Współczesna wartość to około 8 minut i 20 sekund.

Osiem sekund różnicy. Pomiar wykonany w latach dwudziestych XVIII wieku, bez elektroniki, komputerów, fotografii i zegarów atomowych. Człowiek patrzył przez teleskop na gwiazdy, skrupulatnie zapisywał ich położenia i na tej podstawie niemal idealnie odmierzył czas podróży światła przez około 150 milionów kilometrów.

A co z paralaksą, od której wszystko się zaczęło?

Bradley jej nie wykrył. Doszedł do wniosku, że gwiazdy muszą znajdować się znacznie dalej, niż pozwalały sięgnąć ówczesne przyrządy. Na pierwszy udany pomiar trzeba było czekać ponad sto lat. Dopiero w 1838 roku Friedrich Wilhelm Bessel zmierzył paralaksę gwiazdy 61 Cygni.

Bradley nie wrócił jednak z pustymi rękami. Chciał określić odległość do gwiazd, a odkrył ruch Ziemi i sposób oszacowania prędkości światła. Później przez osiemnaście lat prowadził jeszcze obserwacje, które pozwoliły mu opisać nutację, czyli okresowe kołysanie osi ziemskiej. Najwyraźniej miał szczególny talent do zauważania, że kiedy niebo zachowuje się dziwnie, winna często jest Ziemia.

Jego historia przypomina, że nauka nie jest maszyną, do której wrzuca się pytanie, a z drugiej strony wypada gotowa odpowiedź. Czasami eksperyment odpowiada: „Nie. Ale skoro już tu jesteś, mam dla ciebie coś znacznie ciekawszego”.

Warunek jest jeden: trzeba umieć zauważyć, że rzeczywistość właśnie mówi coś ważnego.

James Bradley nigdy nie zobaczył tego, czego szukał. Zobaczył za to efekt ruchu całej planety — i zrobił z porażki jeden z najpiękniejszych zwrotów akcji w historii astronomii.

Nie odnalazł paralaksy gwiazd.

Odnalazł ruch obserwatora.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Więcej artykułów