Felieton 2.0 – Co naprawdę kryje etykieta „produkt z Izraela”?

STRONA GŁÓWNA

Raport organizacji Global Echo Litigation Center pokazuje, że część żywności sprzedawanej w Europie jako izraelska mogła w rzeczywistości pochodzić z terenów okupowanych — z izraelskich osiedli na Zachodnim Brzegu albo ze Wzgórz Golan.

Mówimy o daktylach, cytrusach, warzywach, świeżych produktach rolnych. O towarach, które trafiają na europejski rynek, korzystają z preferencji handlowych, przechodzą przez system certyfikatów i potem lądują na półkach jako produkt z Izraela. Problem w tym, że prawo międzynarodowe i prawo unijne od lat rozróżnia Izrael od terytoriów okupowanych.

I właśnie tu jest sedno sprawy. Bo to nie jest tylko debata o Bliskim Wschodzie. To jest debata o uczciwości handlu.

Jeżeli produkt pochodzi z osiedla, które według prawa międzynarodowego znajduje się na terytorium okupowanym, to czy może być sprzedawany tak, jakby pochodził z normalnego, uznanego terytorium państwa? Czy konsument w Europie ma prawo wiedzieć, co naprawdę kupuje? Czy rolnik w Polsce, Francji albo Hiszpanii ma konkurować z towarem, którego pochodzenie jest rozmyte przez politykę, certyfikaty i wielki handel?

Bo przecież Unia Europejska bardzo lubi mówić o standardach. O śladzie węglowym. O dobrostanie zwierząt. O wylesianiu Amazonii. O tym, że kawa, soja czy mięso nie mogą pochodzić z terenów zniszczonych przez rabunkową gospodarkę. Europa potrafi wymagać od rolnika segregatora dokumentów, mapki pola, numeru działki, historii oprysków i pełnej paszportyzacji produkcji.

Ale kiedy dochodzimy do produktów z terenów okupowanych, nagle robi się ciszej.

I w tym miejscu pojawia się niewygodne pytanie: czy europejskie sumienie działa tylko wtedy, kiedy jest politycznie wygodne?

Bo gdy Rosja handluje zbożem z okupowanych terenów Ukrainy, mówimy jasno: to jest zboże kradzione. Porty odmawiają przyjmowania statków, prokuratury wszczynają postępowania, media piszą o wojennej grabieży. I słusznie. Agresor nie powinien zarabiać na ziemi, którą zajął siłą.

Ale jeśli podobny problem dotyczy innego państwa, innego konfliktu i innego sojusznika, reakcja Europy jest już mniej jednoznaczna. Zaczyna się język dyplomacji: „analizujemy”, „przygotowujemy opcje”, „rozważamy środki”, „sprawa jest skomplikowana”.

Oczywiście, trzeba tu uważać na proste porównania. Ukraina i Palestyna to nie są identyczne przypadki prawne, historyczne ani polityczne. Ale zasada jest podobna: jeśli uznajemy, że okupacja nie daje prawa do normalnego handlowania produktami z zajętej ziemi, to ta zasada powinna obowiązywać konsekwentnie.

Nie tylko wobec wrogów. Także wobec partnerów.

Raport Global Echo twierdzi, że przez lata do Europy trafiały tysiące transportów, a część z nich miała zawierać produkty z osiedli przedstawiane jako izraelskie. Jeśli to się potwierdzi, mamy problem nie tylko moralny, ale też gospodarczy. Bo preferencje celne, certyfikaty i etykiety to konkretne pieniądze. To przewaga na rynku. To konkurencja wobec europejskich producentów.

Dla rolników to powinien być temat szczególnie ważny. Bo oni najlepiej wiedzą, że w dzisiejszym świecie papier potrafi kosztować więcej niż sama praca. Europejski rolnik musi udowodnić niemal wszystko: czym pryskał, kiedy zbierał, gdzie magazynował, jak transportował. A jeśli na rynek trafia żywność z niejasnym pochodzeniem, to cały ten system zaczyna wyglądać jak teatr.

Bo albo pochodzenie żywności ma znaczenie, albo nie ma.

Jeśli ma znaczenie, to sprawdzajmy wszystkich. Tak samo surowo. Bez względu na to, czy produkt przypływa z Rosji, z Izraela, z Ameryki Południowej czy z Afryki. Jeśli nie ma znaczenia, to przestańmy udawać, że europejska polityka żywnościowa opiera się na wartościach.

Najciekawsze jest to, że ta sprawa może teraz naprawdę ruszyć politycznie. W Unii coraz głośniej mówi się o ograniczeniu handlu z izraelskimi osiedlami. Niektóre kraje naciskają na Komisję Europejską, żeby przygotowała konkretne rozwiązania. Hiszpania poszła już własną drogą i wprowadziła zakaz importu z osiedli na terytoriach palestyńskich.

Czy pójdą za nią inni? Zobaczymy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Więcej artykułów