Gubernator J.B. Pritzker podpisał budżet stanu Illinois na rok fiskalny 2027. Kwota robi wrażenie: prawie 56 miliardów dolarów. To największy budżet w historii stanu. Demokraci mówią o odpowiedzialności, inwestowaniu w przyszłość i ochronie rodzin przed rosnącymi kosztami życia. Ale z konserwatywnego punktu widzenia trudno nie zadać prostego pytania: skoro życie w Illinois ma być bardziej przystępne, to dlaczego znowu rosną podatki i opłaty?
Nowy budżet zawiera pakiet nowych danin, głównie uderzających w biznes. Pojawiają się podatki i opłaty dotyczące firm społecznościowych, cyfrowych aktywów, fantasy sports, rynku zakładów predykcyjnych, sprzedaży wyrobów tytoniowych na odległość, a także przygotowany grunt pod podatek od reklamy cyfrowej. Oficjalnie brzmi to technicznie. W praktyce jednak każdy nowy podatek dla firm bardzo często kończy się wyższymi kosztami dla klientów, pracowników i małych przedsiębiorców.
Administracja Pritzkera przedstawia ten budżet jako dokument „odpowiedzialny” i „pro-rodzinny”. Wskazuje na czasowe zawieszenie podwyżki podatku od paliwa oraz 10-dniową ulgę na szkolne zakupy w sierpniu. Tylko że trudno sprzedawać podatnikom kilkudniową ulgę jako wielkie zwycięstwo, gdy całe otoczenie podatkowe stanu pozostaje jednym z najcięższych w Ameryce.
Illinois od lat zmaga się z opinią stanu drogiego, przeregulowanego i nieprzyjaznego dla biznesu. Mieszkańcy dobrze znają rachunki za nieruchomości, paliwo, energię, opłaty lokalne i kolejne „tymczasowe” rozwiązania, które zostają z nimi na lata. Gdy politycy w Springfield mówią, że chcą walczyć z drożyzną, wielu rodzinom trudno w to uwierzyć. Bo dla przeciętnego podatnika problemem nie jest tylko inflacja. Problemem jest państwo, które na każdą dziurę budżetową odpowiada nową daniną.
Krytycy Pritzkera wyliczają, że od początku jego rządów Illinois przyjęło dziesiątki podwyżek podatków i opłat, które łącznie kosztowały podatników dziesiątki miliardów dolarów. Najnowszy budżet tylko wzmacnia ten obraz: większe państwo, większe wydatki, większa zależność od nowych źródeł dochodu.
Oczywiście zwolennicy gubernatora odpowiedzą, że Illinois finansuje szkoły, programy społeczne, pomoc żywnościową, infrastrukturę, bezpieczeństwo i ochronę zdrowia. To prawda — państwo ma obowiązki. Ale konserwatywna krytyka nie polega na tym, że każdy wydatek jest zły. Polega na pytaniu, czy rząd w Springfield w ogóle jeszcze rozumie granice możliwości podatnika.
Bo budżet publiczny nie jest magiczną skarbonką. Każdy dolar wydany przez stan najpierw musi zostać zabrany komuś innemu: rodzinie, firmie, konsumentowi, właścicielowi domu, kierowcy albo przedsiębiorcy. Jeśli Illinois chce zatrzymać mieszkańców i przyciągać inwestycje, nie może zachowywać się tak, jakby prywatna gospodarka była niewyczerpanym bankomatem.
Szczególnie niepokojące są podatki wymierzone w gospodarkę cyfrową. Politycy lubią mówić, że płacić będą „wielkie platformy” albo „duże korporacje”. Ale podatek od reklamy cyfrowej czy opłaty dla firm technologicznych mogą uderzyć również w małe biznesy, które żyją z reklamy online. Lokalna restauracja, warsztat, sklep rodzinny, gabinet usługowy — oni wszyscy korzystają z cyfrowego marketingu. Jeśli koszt reklamy wzrośnie, zapłaci nie tylko wielka firma z Doliny Krzemowej. Zapłaci lokalna gospodarka.
Ten budżet pokazuje też głębszy problem Illinois: stan nie potrafi wyjść z logiki ciągłego zwiększania roli rządu. Nawet gdy nowe wydatki są relatywnie ograniczone, cała konstrukcja nadal opiera się na przekonaniu, że rozwiązaniem dla niemal każdego problemu jest kolejny program, kolejna agencja, kolejna dotacja i kolejny strumień podatków.
Tymczasem rodziny w Illinois nie mogą tak funkcjonować. Gdy domowy budżet się nie spina, ludzie tną wydatki. Odkładają większe zakupy. Szukają oszczędności. Rezygnują z rzeczy mniej potrzebnych. Państwo powinno umieć robić to samo. Ale w Springfield zbyt często najpierw szuka się nowych pieniędzy, a dopiero potem mówi o oszczędnościach.
Pritzker będzie teraz przekonywał wyborców, że jego budżet jest dowodem stabilności i odpowiedzialnego zarządzania. Republikanie odpowiedzą, że to kolejny rozdział polityki wysokich podatków, słabego wzrostu gospodarczego i ucieczki kosztów na barki mieszkańców. I ta druga narracja może trafić do wielu ludzi, którzy nie patrzą na budżet przez tabelki, tylko przez własny portfel.
Bo pytanie w Illinois nie brzmi już tylko: ile wynosi budżet? Pytanie brzmi: ile jeszcze może udźwignąć podatnik?
Największy budżet w historii stanu może być dla gubernatora powodem do dumy. Dla konserwatystów jest raczej ostrzeżeniem. Państwo, które stale rośnie szybciej niż możliwości jego mieszkańców, prędzej czy później zaczyna dusić własną gospodarkę.
Illinois potrzebuje nie kolejnych kreatywnych podatków, ale odwagi do ograniczenia wydatków, uproszczenia systemu i odbudowy zaufania przedsiębiorców. Potrzebuje rządu, który rozumie, że dobrobyt nie powstaje w budżecie stanowym, tylko w firmach, rodzinach i społecznościach lokalnych.
A jeśli Springfield znów wybiera drogę nowych podatków, to mieszkańcy mają prawo zapytać: czy to naprawdę budżet dla rodzin — czy raczej budżet dla rządu?





Dodaj komentarz