Wyobraźmy sobie wodopój na afrykańskiej sawannie.
Wokół panuje cisza. Antylopy ostrożnie zbliżają się do wody. Niedaleko pojawia się żyrafa, guziec, zebra albo nosorożec. Każde zwierzę rozgląda się uważnie, ponieważ w wysokiej trawie może ukrywać się lew.
Nagle słychać ryk króla zwierząt.
Część mieszkańców sawanny podnosi głowy. Niektóre odsuwają się od wody. Inne próbują ustalić, z którego kierunku dochodzi zagrożenie.
Po chwili rozlega się jednak inny dźwięk.
Nie jest to ryk, warczenie ani odgłos wystrzału. To zwyczajna ludzka rozmowa. Kilka spokojnie wypowiadanych zdań, jakich można byłoby posłuchać podczas spaceru albo spotkania przy kawie.
Reakcja zwierząt okazuje się znacznie gwałtowniejsza.
Zebry uciekają. Żyrafy oddalają się od wodopoju. Antylopy rzucają się do biegu. Nawet słonie i nosorożce, czyli jedne z największych i najpotężniejszych zwierząt lądowych na świecie, wycofują się szybciej niż po usłyszeniu lwa.
Okazuje się, że najbardziej przerażającym dźwiękiem afrykańskiej sawanny nie jest ryk drapieżnika.
Jest nim głos człowieka.
Naukowcy przeprowadzili eksperyment na terenie Greater Kruger National Park w Republice Południowej Afryki.
W pobliżu wodopojów umieszczono kamery oraz głośniki. Kiedy zwierzęta podchodziły do wody, odtwarzano im różne nagrania: rozmowy ludzi, warczenie i ryki lwów, odgłosy psów myśliwskich, strzały z broni oraz śpiew ptaków, który stanowił neutralny punkt odniesienia.
Wszystkie dźwięki odtwarzano z podobną głośnością. Nie chodziło więc o sprawdzenie, czy zwierzęta przestraszą się nagłego hałasu, ale o to, który rodzaj zagrożenia wywoła u nich największą reakcję.
Po przeanalizowaniu ponad 15 tysięcy nagrań naukowcy stwierdzili, że zwierzęta były około dwa razy bardziej skłonne do ucieczki po usłyszeniu ludzkiego głosu niż po usłyszeniu lwa lub dźwięków kojarzonych z polowaniem.
Taką reakcję zaobserwowano u 18 z 19 badanych gatunków.
Ludzi bardziej niż lwów bały się między innymi żyrafy, zebry, hieny, lamparty, impale, kudu, guźce, słonie i nosorożce.
Jedynym możliwym wyjątkiem były likaony, czyli afrykańskie dzikie psy. Częściej uciekały one przed lwami, które rzeczywiście mogą na nie polować i zabijać zarówno dorosłe osobniki, jak i młode. Naukowcy zaznaczyli jednak, że nagrań z likaonami było zbyt mało, aby wyciągać zdecydowane wnioski.
Zwierzęta nie tylko częściej uciekały po usłyszeniu człowieka.
Robiły to także o około 40 procent szybciej.
Szczególnie interesująco zachowywały się słonie.
Po usłyszeniu lwa część z nich reagowała agresywnie. Słonie podchodziły do głośników, atakowały je, a czasami próbowały całkowicie je zniszczyć.
Taka reakcja ma sens.
Dorosły, zdrowy słoń nie jest łatwą zdobyczą nawet dla stada lwów. Słonie potrafią bronić młodych, organizować się w grupy, szarżować i aktywnie przepędzać drapieżniki. Lew jest niebezpieczny, ale pozostaje zagrożeniem, z którym czasami można się zmierzyć.
Po usłyszeniu człowieka słonie nie próbowały niszczyć głośników.
Po prostu odchodziły.
Jakby wiedziały, że z tym przeciwnikiem nie należy podejmować walki.
Lwa można dostrzec. Można go zastraszyć, przepędzić albo utrzymać na odpowiednim dystansie. Człowiek może natomiast zabić z odległości, zanim zwierzę zdąży zrozumieć, skąd nadszedł atak.
Dla słonia ryk lwa jest ostrzeżeniem.
Ludzki głos może być zapowiedzią śmierci.
Wyniki eksperymentu mogą wydawać się zaskakujące, ponieważ lew od wieków przedstawiany jest jako najpotężniejszy drapieżnik Afryki.
Tyle że zwierzęta sawanny nie znają lwów z filmów przyrodniczych ani herbów królewskich. Znają je z własnego doświadczenia i instynktu.
Wiedzą, w jaki sposób lew poluje.
Lwy są drapieżnikami wykorzystującymi zasadzkę. Muszą podejść stosunkowo blisko ofiary, zaatakować z zaskoczenia i zakończyć pościg możliwie szybko. Są niezwykle silne, ale nie mogą bez końca ścigać szybkiej antylopy czy zebry.
Jeżeli potencjalna ofiara odpowiednio wcześnie zauważy lwa i zachowa bezpieczną odległość, jej szanse na przetrwanie gwałtownie rosną.
Sam ryk nie musi więc oznaczać bezpośredniego ataku.
Lwy często ryczą, aby komunikować się ze sobą, oznaczać terytorium albo informować inne osobniki o swojej obecności. Podczas polowania starają się natomiast zachować ciszę. Drapieżnik ukrywający się w trawie nie ma żadnego interesu w tym, aby ostrzegać przyszłą ofiarę o zbliżającym się ataku.
Z perspektywy zebry czy antylopy ryczący lew może być mniej niebezpieczny od lwa, którego w ogóle nie słychać.
Człowiek działa zupełnie inaczej.
Może rozmawiać podczas polowania. Może porozumiewać się z innymi członkami grupy. Nie musi podchodzić do zwierzęcia na kilka metrów. Dzięki włóczni, łukowi, a później broni palnej potrafi zabić z odległości, której naturalny drapieżnik nie jest w stanie wykorzystać.
Lew musi być szybszy od swojej ofiary przynajmniej przez chwilę.
Człowiek nie musi być szybszy.
Wystarczy, że potrafi przewidywać.
Drapieżnik, który oszukuje zasady natury
Człowiek nie posiada ostrych pazurów, potężnych szczęk ani szczególnie imponującej siły.
Nie biega tak szybko jak antylopa. Nie wspina się tak sprawnie jak lampart. Nie ma węchu psa ani słuchu wielu nocnych zwierząt. Bez narzędzi nie wygląda na stworzenie, którego powinien obawiać się słoń, nosorożec czy bawół.
A jednak ludzie stali się prawdopodobnie najbardziej skutecznym drapieżnikiem w historii planety.
Naszą bronią okazały się inteligencja, współpraca i wytrzymałość.
Wczesny człowiek nie zawsze musiał dogonić zwierzę w jednym szybkim pościgu. Mógł tropić je przez wiele godzin, podążać za śladami, zmuszać je do kolejnych ucieczek i nie pozwalać mu odpocząć.
Wyobraźmy sobie taką sytuację z perspektywy zwierzęcia.
Dostrzega ono grupę niezbyt szybkich, pozornie słabych istot i rzuca się do ucieczki. Po pewnym czasie ludzie znikają z pola widzenia. Zwierzę zatrzymuje się, aby odpocząć.
Wkrótce jednak pojawiają się ponownie.
Zwierzę ucieka drugi raz. Potem trzeci. Za każdym razem ludzie powracają, jakby wiedzieli, dokąd się udało.
Nie są szybsi, ale nie rezygnują.
Gdy wyczerpane zwierzę wreszcie odwraca się, aby zaatakować, człowiek nie musi zbliżać się do niego na odległość kłów czy rogów. Wykonuje ruch ręką, a w ciele ofiary pojawia się włócznia albo strzała.
Z punktu widzenia zwierzęcia wygląda to jak złamanie wszystkich zasad.
Człowiek potrafi zabić, nie dotykając ofiary.
Potrafi znaleźć ją, mimo że stracił ją z oczu.
Potrafi wrócić z większą grupą.
Potrafi zapamiętać zagrożenie, zaplanować odwet i polować nie tylko wtedy, gdy jest głodny.
Nic dziwnego, że dla wielu zwierząt jesteśmy czymś znacznie groźniejszym niż lew.
Naturalny drapieżnik zazwyczaj zabija po to, aby zdobyć pożywienie albo obronić terytorium.
Człowiek potrafi odpowiedzieć na atak w sposób całkowicie nieproporcjonalny.
Jeżeli lew zabił człowieka lub zbliżył się do osady, ludzie mogli zorganizować wyprawę, odnaleźć go i zabić. Czasami zabijali nie tylko konkretnego sprawcę, ale również inne drapieżniki znajdujące się w okolicy.
Dla zwierząt oznaczało to, że zaatakowanie jednej pozornie słabej istoty mogło sprowadzić dziesiątki uzbrojonych osobników.
Niebezpieczeństwo nie kończyło się po opuszczeniu miejsca spotkania.
Człowiek pamiętał.
Wracał.
I potrafił przekazać informację innym.
W takim środowisku największe szanse na przetrwanie miały zwierzęta, które szybko nauczyły się jednej zasady: gdy widzisz albo słyszysz człowieka, nie sprawdzaj jego zamiarów.
Uciekaj.
Superdrapieżnik
Naukowcy określają ludzi mianem superdrapieżników.
Nie chodzi wyłącznie o liczbę zabijanych zwierząt, ale również o sposób, w jaki wybieramy ofiary.
Naturalne drapieżniki często polują na osobniki młode, chore, stare lub osłabione. Człowiek przez długi czas wybierał natomiast największe i najbardziej okazałe zwierzęta — dorosłe osobniki, samce z największym porożem albo kłami oraz ryby osiągające największe rozmiary.
W badaniu opublikowanym kilka lat wcześniej oszacowano, że tempo zabijania dorosłych zwierząt przez ludzi może być wielokrotnie wyższe niż w przypadku dużych mięsożerców.
Człowiek nie jest więc jedynie kolejnym drapieżnikiem w ekosystemie.
Jest drapieżnikiem, który zmienił zasady selekcji.
Zwierzęta nie musiały już tylko biegać szybciej, lepiej się ukrywać albo skuteczniej bronić przed lwem. Musiały również nauczyć się rozpoznawać najbardziej niepozorne oznaki obecności człowieka.
Zapach dymu.
Odległą rozmowę.
Odgłos kroków.
Dźwięk silnika.
W takich warunkach samo unikanie ludzi mogło stać się jedną z najważniejszych cech pozwalających gatunkowi przetrwać.
Istnieje prosta, choć niepokojąca możliwość.
Być może wiele dużych zwierząt, które nadal żyją obok ludzi, przetrwało właśnie dlatego, że nauczyło się nas bać.
Osobniki zbyt ciekawskie, zbyt ufne albo reagujące zbyt wolno częściej ginęły. Te, które uciekały natychmiast, częściej przeżywały i przekazywały swoje zachowania kolejnym pokoleniom.
W Afryce ten proces mógł trwać wyjątkowo długo, ponieważ ludzie i tamtejsze zwierzęta ewoluowali obok siebie.
Sytuacja wyglądała inaczej na kontynentach i wyspach, do których człowiek dotarł później.
Po przybyciu ludzi do Australii, obu Ameryk i na liczne wyspy następowały fale wymierania dużych zwierząt. Naukowcy wciąż dyskutują, jaką część odpowiedzialności ponosiły polowania, jaką zmiany klimatyczne, a jaką połączenie wielu czynników.
Jednak zwierzęta, które wcześniej nie miały kontaktu z człowiekiem, mogły nie rozpoznawać go jako zagrożenia.
Nie uciekały odpowiednio wcześnie.
Nie wiedziały jeszcze, do czego zdolna jest ta powolna, pozornie niegroźna małpa chodząca na dwóch nogach.
Zanim zdążyły się nauczyć, mogło być już za późno.
Najważniejszy wniosek z badania nie dotyczy jednak samego polowania.
Park, w którym przeprowadzono eksperyment, od wielu lat objęty jest ochroną. Legalne polowania zostały tam zakazane, chociaż nadal występuje problem kłusownictwa.
Można byłoby więc oczekiwać, że zwierzęta stopniowo przestaną bać się ludzi.
Tak się jednak nie stało.
Co więcej, zwierzęta najwyraźniej nie potrafią odróżnić myśliwego od turysty, strażnika przyrody albo naukowca.
Ludzki głos pozostaje ludzkim głosem.
Oznacza to, że nawet osoby, które nie mają zamiaru skrzywdzić żadnego zwierzęcia, mogą wpływać na zachowanie całego ekosystemu.
Zwierzęta uciekające od wodopoju tracą możliwość napicia się. Zużywają energię. Mogą porzucać najlepsze tereny żerowania, ograniczać czas przeznaczony na poszukiwanie pokarmu albo częściej przemieszczać się w mniej bezpieczne miejsca.
Sam strach może obniżać ich kondycję i szanse na rozmnażanie.
Drapieżnik wpływa więc na populację nie tylko wtedy, gdy zabija ofiarę.
Wpływa na nią również wtedy, gdy sprawia, że ofiara nieustannie spodziewa się śmierci.
Naukowcy nazywają to zjawisko ekologią strachu.
Obecność drapieżnika zmienia zachowanie ofiary, a zmiana zachowania jednego gatunku może wpływać na cały łańcuch pokarmowy.
Jeżeli roślinożercy unikają określonego miejsca, roślinność może rozwijać się tam intensywniej. Jeżeli częściej ukrywają się w innych rejonach, mogą silniej niszczyć znajdujące się tam rośliny. Jeżeli rezygnują z wodopoju, może zmienić się sposób korzystania z niego przez inne gatunki.
Strach jednego zwierzęcia może więc wpływać na rośliny, owady, drapieżniki, dostępność wody i strukturę całego krajobrazu.
W przypadku człowieka ten efekt może być szczególnie silny.
Jesteśmy obecni niemal wszędzie. Poruszamy się samochodami, łodziami i samolotami. Budujemy drogi, hotele i punkty widokowe. Wchodzimy do parków narodowych z aparatami fotograficznymi, telefonami i głośnymi rozmowami.
Nie musimy oddać ani jednego strzału, aby zwierzęta odebrały nas jako zagrożenie.
Czasami wystarczy, że się odezwiemy.
Najprostszy wniosek mógłby brzmieć: skoro sama obecność człowieka wywołuje strach, należy zamknąć parki i całkowicie oddzielić zwierzęta od ludzi.
Problem w tym, że w wielu miejscach byłoby to rozwiązanie nie tylko nierealne, ale również niebezpieczne.
Turystyka finansuje ochronę przyrody. Z pieniędzy odwiedzających utrzymywani są strażnicy, prowadzone są programy ochrony gatunków i zwalczane jest kłusownictwo.
Jeżeli turyści przestaną przyjeżdżać, park może stracić dochody, miejsca pracy i społeczne poparcie. Pozbawiony ochrony teren stanie się łatwiejszym celem dla kłusowników, nielegalnego osadnictwa albo eksploatacji surowców.
Rozwiązaniem nie jest więc całkowite zniknięcie człowieka.
Potrzebne jest bardziej odpowiedzialne zarządzanie jego obecnością.
Ograniczanie hałasu.
Wyznaczanie stref niedostępnych dla turystów.
Kontrolowanie liczby pojazdów.
Tworzenie okresów, w których zwierzęta mogą korzystać z wodopojów bez nieustannego kontaktu z ludźmi.
Przede wszystkim zaś uznanie, że obserwator nie zawsze pozostaje niewidzialny.
Nawet gdy człowiek tylko patrzy, zwierzę patrzy również na niego.
I najczęściej nie widzi niewinnego turysty z aparatem.
Widzi najgroźniejszego drapieżnika na Ziemi.
W internetowych komentarzach pod podobnymi artykułami regularnie pojawia się twierdzenie, że słonie postrzegają ludzi tak, jak my postrzegamy szczenięta albo kocięta.
Brzmi sympatycznie, ale nie ma solidnych podstaw naukowych.
Słonie są niezwykle inteligentne, społeczne i zdolne do rozpoznawania różnych ludzi. Potrafią reagować inaczej na osoby znane i obce, odróżniać potencjalne zagrożenia oraz tworzyć relacje z opiekunami.
Nie oznacza to jednak, że ich mózgi automatycznie reagują na widok człowieka dokładnie tak, jak ludzki mózg reaguje na małe, sympatyczne zwierzę.
Badanie przy wodopojach wskazuje raczej na coś zupełnie przeciwnego.
Na sawannie człowiek nie jest dla słonia uroczym, bezbronnym stworzeniem.
Jest sygnałem zagrożenia, którego lepiej nie prowokować.
Od tysięcy lat przypisujemy lwom władzę, odwagę i majestat.
Umieszczamy je na flagach, herbach, tronach i pomnikach. Nazywamy je królami zwierząt, choć natura nie zna koron ani królewskich tytułów.
Z perspektywy mieszkańców sawanny prawdziwa hierarchia wygląda inaczej.
Lew jest groźny, ale przewidywalny.
Musi podejść blisko. Musi zaatakować. Musi ryzykować własnym zdrowiem. Może zostać zauważony, przepędzony, zraniony albo wyczerpany.
Człowiek potrafi zabić z daleka.
Potrafi polować w grupie.
Potrafi zastawić pułapkę.
Potrafi ścigać ofiarę dłużej, niż ona jest w stanie uciekać.
Potrafi wrócić następnego dnia z bronią, pojazdem i kolejnymi ludźmi.
A przede wszystkim potrafi zmienić cały krajobraz tak, aby zwierzę nie miało już dokąd uciec.
Być może dlatego największe zwierzęta Afryki nie reagują na nas tak, jak reagują na zwykłego drapieżnika.
Nie widzą istoty z imponującymi kłami czy pazurami.
Widzą gatunek, który nie musi posiadać żadnej z tych rzeczy.
Lew musi ryknąć, aby jego obecność została zauważona.
Człowiek wystarczy, że zacznie rozmawiać.





Dodaj komentarz