Koniec skandynawskiej naiwności? Szwecja i Dania mówią migrantom: zasady albo konsekwencje

STRONA GŁÓWNA

Przez lata Skandynawia była przedstawiana jako wzór otwartości. Państwa dobrobytu, wysokiego zaufania społecznego, tolerancji i przekonania, że każdy, kto przyjedzie, po prostu wtopi się w system. Szwecja była wręcz symbolem tej filozofii. Dania — trochę bardziej ostrożna, ale wciąż kojarzona z liberalną Europą Północy.

Tyle że rok 2026 pokazuje coś bardzo ciekawego: właśnie ta Skandynawia zaczyna mówić językiem, który jeszcze kilka lat temu w wielu europejskich stolicach uznano by za politycznie niepoprawny.

Najmocniejszy przykład to Szwecja. Parlament przyjął ustawę określaną w mediach jako prawo „dobrego zachowania”. W szwedzkim języku pojawia się pojęcie „vandel” — chodzi o sposób życia, prowadzenie się, postawę wobec prawa i społeczeństwa. Nowe przepisy mają pozwolić urzędom migracyjnym szerzej oceniać zachowanie cudzoziemca przy przyznawaniu, przedłużaniu, a nawet odbieraniu pozwolenia na pobyt.

I tu zaczyna się prawdziwa zmiana. Bo nie chodzi wyłącznie o ciężkie przestępstwa. Wśród przykładów pojawiają się nieopłacone długi, praca na czarno, unikanie podatków, lekceważenie decyzji władz czy powiązania z ekstremistami. Innymi słowy: państwo mówi, że pobyt nie jest tylko formalnością. Pobyt oznacza także obowiązek przestrzegania reguł wspólnoty.

To ogromny zwrot w kraju, który przez dekady miał jedną z najbardziej liberalnych polityk migracyjnych w Europie. Szwecja po kryzysie migracyjnym 2015 roku, po problemach z integracją, po wzroście przemocy gangów i po latach debat o dzielnicach, w których państwo traciło kontrolę, zaczyna zmieniać filozofię. Już nie tylko „przyjeżdżasz i dostajesz szansę”, ale także: „jeśli chcesz zostać, musisz respektować zasady”.

Krytycy alarmują, że takie prawo może być zbyt szerokie. Pytają: kto zdecyduje, co jest złym zachowaniem? Czy nie otwiera to drzwi do arbitralności? Czy cudzoziemiec nie będzie żył w ciągłej niepewności, bo nawet zachowanie niebędące przestępstwem może wpłynąć na jego status?

To są poważne pytania. Ale równie poważne jest pytanie drugiej strony: czy państwo ma być bezradne wobec ludzi, którzy formalnie nie popełnili jeszcze ciężkiego przestępstwa, ale stale obchodzą system, żyją poza regułami, nie płacą podatków, ignorują decyzje władz albo funkcjonują w środowiskach ekstremistycznych?

To jednak nie wszystko. Szwedzki rząd ogłosił również specjalne państwowe dochodzenie w sprawie religijnej radykalizacji, ze szczególnym naciskiem na polityczny islam i islamizm. Ma ono zbadać skalę zjawiska, jego wpływ na integrację, demokrację i instytucje publiczne, w tym możliwą infiltrację oraz niedozwolone formy wpływu. Dochodzeniem pokieruje Magnus Ranstorp, znany szwedzki ekspert od terroryzmu i bezpieczeństwa. W tle tej decyzji jest także szersza europejska debata o wpływach sieci islamistycznych, w tym Bractwa Muzułmańskiego, choć ten wątek należy traktować jako kontekst polityczny i medialny, a nie jako dosłowny zapis oficjalnego mandatu dochodzenia.

Na tym tle ciekawie wygląda też Dania. Tam od lat polityka integracyjna jest znacznie twardsza niż w Szwecji. Dania już wcześniej wprowadziła zakaz zasłaniania twarzy w przestrzeni publicznej. Teraz pojawił się projekt, który miał rozszerzyć te zasady na szkoły i uczelnie. W praktyce chodzi przede wszystkim o burki i nikaby, ale prawo mówi szerzej o zakrywaniu twarzy.

Duński projekt był częścią większej walki z tzw. społeczeństwami równoległymi i negatywną kontrolą społeczną. W tym samym pakiecie pojawiły się także pomysły karania nieformalnych „rad mediacyjnych”, które miałyby rozwiązywać sprawy karne poza oficjalnym systemem państwa, oraz zaostrzenia kar za przestępstwa o motywie honorowym.

I tu trzeba być precyzyjnym: w przeciwieństwie do szwedzkiej ustawy, duński projekt w tej konkretnej wersji nie jest prostym przykładem przepisu, który już wszedł w życie. Na stronie duńskiego parlamentu widnieje jako wygasły w tej sesji. Ale polityczny kierunek jest czytelny. Dania od lat wysyła sygnał: integracja nie oznacza budowania osobnych porządków prawnych, osobnych norm kulturowych i osobnych zasad w środku państwa.

Właśnie dlatego warto patrzeć na Szwecję i Danię razem. Bo to nie są już pojedyncze przypadki. To część większego europejskiego przesunięcia. Kraje, które kiedyś kojarzyły się z miękkim podejściem, zaczynają mówić ostrzej o granicach, obowiązkach, lojalności wobec prawa i kosztach nieudanej integracji.

Szwecja mówi: jeśli nie przestrzegasz reguł, możesz stracić pobyt.

Dania mówi: jeśli tworzysz równoległe struktury, jeśli presja religijna lub kulturowa wypycha państwo ze szkół i wspólnot lokalnych, państwo odpowie zakazami i karami.

Można te rozwiązania popierać albo krytykować. Ale trudno udawać, że nic się nie stało. Skandynawia — ta sama Skandynawia, którą przez lata pokazywano jako laboratorium liberalnej polityki migracyjnej — dziś sama przyznaje, że model bez twardych warunków integracji nie działa tak, jak obiecywano.

Najważniejsze pytanie brzmi więc nie tylko: czy Szwecja i Dania idą za daleko?

Pytanie brzmi także: dlaczego dopiero teraz?

Bo jeżeli państwo przez lata boi się wymagać od przybyszy przestrzegania zasad, to w końcu zaczyna wymagać więcej — nagle, ostro i pod presją społecznego gniewu. A wtedy debata nie toczy się już o integracji, ale o odzyskiwaniu kontroli.

I być może właśnie to jest najważniejsza lekcja z północy Europy w 2026 roku: otwartość bez egzekwowania zasad nie buduje zaufania. Buduje napięcie. A kiedy zaufanie pęka, nawet najbardziej liberalne społeczeństwa zaczynają sięgać po narzędzia, które jeszcze niedawno uważały za nie do pomyślenia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Więcej artykułów