Kiedy myślimy o największym żywym organizmie na Ziemi, zwykle przed oczami staje nam płetwal błękitny. Ogromne zwierzę, które może osiągać ponad 30 metrów długości i ważyć ponad 150 ton. Ktoś inny wskaże gigantyczne sekwoje, wysokie jak kilkudziesięciopiętrowe budynki.
Tymczasem prawdziwi rekordziści wyglądają znacznie mniej imponująco.
Jeden z nich ukrywa się pod lasami Oregonu. Drugi pod wodami Australii. A żeby jeszcze bardziej skomplikować sprawę, od lat trwa dyskusja, który z nich naprawdę zasługuje na tytuł największego organizmu na świecie.
Zacznijmy od Oregonu.
W Górach Błękitnych, na terenie Malheur National Forest, znajduje się organizm, który przez większą część roku pozostaje niemal całkowicie niewidoczny. Nie ma jednej wielkiej głowy, pnia ani ciała. Rozciąga się natomiast pod ziemią, pod korą drzew i pomiędzy ich korzeniami.
To grzyb z rodzaju Armillaria, znany jako opieńka, grzyb miodowy albo — ze względu na charakterystyczne czarne włókna — grzyb sznurowadłowy.
Na powierzchni można go zobaczyć głównie jesienią, kiedy z pni i korzeni wyrastają niewielkie, złociste kapelusze. Wyglądają zupełnie niepozornie. Jak zwyczajne grzyby, które moglibyśmy minąć podczas spaceru po lesie.
Prawdziwy organizm znajduje się jednak pod ziemią.
Armillaria rozciąga się tam na powierzchni około dziewięciu, a według niektórych obliczeń nawet dziesięciu kilometrów kwadratowych. To obszar większy niż wiele małych miejscowości. Naukowcy pobierali próbki w różnych częściach lasu i porównywali ich DNA. Okazało się, że nie znaleźli wielu podobnych grzybów. Znaleźli fragmenty jednego gigantycznego organizmu.
Jeden osobnik. Tylko rozciągnięty na wiele kilometrów.
Gdyby udało się wydobyć go z ziemi i zebrać w jednym miejscu, mógłby ważyć od około 7,5 tysiąca do nawet 35 tysięcy ton. W najwyższych szacunkach odpowiadałoby to masie ponad dwustu wielorybów.
Jeszcze bardziej niezwykły jest jego wiek.
Armillaria rozrasta się bardzo powoli, w tempie od kilkudziesięciu centymetrów do około metra rocznie. Na tej podstawie naukowcy szacują, że oregoński gigant może mieć od dwóch do nawet ośmiu tysięcy lat.
Oznacza to, że mógł istnieć jeszcze przed powstaniem Cesarstwa Rzymskiego, przed budową piramid w niektórych częściach świata i na długo przed tym, zanim ktokolwiek słyszał o Stanach Zjednoczonych.
Nie jest to jednak spokojny, nieszkodliwy mieszkaniec lasu.
Armillaria jest pasożytem. Pod ziemią tworzy czarne włókna nazywane ryzomorfami, które przypominają sznurówki. Przemieszczają się one wzdłuż korzeni i przedostają pod korę kolejnych drzew.
Tam grzyb zaczyna odcinać transport wody i substancji odżywczych. Oplata pień u podstawy, uszkadza tkanki i powoduje gnicie korzeni. Drzewo nie umiera natychmiast. Proces może trwać dwadzieścia, trzydzieści, a nawet pięćdziesiąt lat.
To powolna śmierć.
Leśnicy próbowali walczyć z grzybem. W niektórych miejscach wycinano zakażone drzewa, wykopywano pnie, a nawet usuwano z ziemi najdrobniejsze pozostałości korzeni. Metoda działała, ale była tak kosztowna, że na większą skalę stała się praktycznie niemożliwa.
Pojawił się więc inny pomysł. Skoro nie da się usunąć grzyba, być może trzeba nauczyć się z nim żyć.
Naukowcy testują różne gatunki drzew, między innymi sosny, modrzewie i daglezje, sprawdzając, które z nich najlepiej radzą sobie w ziemi opanowanej przez Armillarię.
Grzyb jest bezlitosny dla pojedynczych drzew, ale w szerszej perspektywie pełni także ważną funkcję. Martwe pnie rozkładają się, wracają do gleby i stają się schronieniem dla ptaków oraz innych zwierząt. To, co dla jednego drzewa jest katastrofą, dla całego ekosystemu może być częścią naturalnego cyklu.
Przez lata oregońska Armillaria była powszechnie opisywana jako największy żywy organizm na świecie.
Później pojawił się jednak nowy rekordzista.
W zatoce Shark Bay w zachodniej Australii naukowcy badali podwodne łąki trawy morskiej Posidonia australis. Analizy genetyczne wykazały, że ogromna część tych roślin ma dokładnie ten sam materiał genetyczny.
Nie była to więc zwyczajna łąka złożona z milionów osobnych roślin. Był to jeden organizm, który przez tysiące lat klonował samego siebie i rozrastał się pod wodą.
Australijska Posidonia zajmuje około 180 kilometrów kwadratowych. To mniej więcej dwadzieścia razy większa powierzchnia niż oregoński grzyb.
Roślina może mieć około 4,5 tysiąca lat. Jest także niezwykłą hybrydą posiadającą dwa razy więcej chromosomów niż typowe rośliny tego rodzaju. Być może właśnie to pozwoliło jej przetrwać zmiany temperatury, zasolenia i warunków środowiskowych.
Czy to znaczy, że grzyb z Oregonu stracił swój rekord?
To zależy od tego, jak zdefiniujemy słowo „największy”.
Australijska trawa morska jest największa pod względem zajmowanej powierzchni. Oregoński grzyb pozostaje jednym z największych i najcięższych organizmów lądowych. Z kolei Pando, kolonia około 47 tysięcy genetycznie identycznych osik w stanie Utah, jest często uznawany za jeden z najcięższych organizmów na świecie.
Z powierzchni Pando wygląda jak cały las. W rzeczywistości wszystkie drzewa wyrastają ze wspólnego systemu korzeniowego. Poszczególne pnie żyją stosunkowo krótko, ale sam organizm może istnieć od tysięcy, a według starszych szacunków nawet dziesiątek tysięcy lat.
Największy, najcięższy i najstarszy nie muszą więc oznaczać tego samego.
Ta historia pokazuje przede wszystkim, jak bardzo ludzkie wyobrażenie o życiu jest ograniczone przez to, co widzimy.
Spodziewamy się, że organizm powinien mieć wyraźny początek i koniec. Jedno ciało. Jeden pień. Jedną głowę. Tymczasem przyroda tworzy istoty rozciągnięte pod całymi lasami, ukryte pod wodą i połączone systemami korzeni, które mogą przetrwać dłużej niż niejedna cywilizacja.
Największy organizm na Ziemi nie ryczy, nie pływa i nie góruje nad krajobrazem.
Można stać dokładnie nad nim i nawet nie wiedzieć, że tam jest.





Dodaj komentarz