Jak Jimmy Carter przypadkiem uwarzył piwną rewolucję

STRONA GŁÓWNA

Jimmy Carter nie stworzył piwa kraftowego, nie napisał jego receptury i prawdopodobnie nie zdawał sobie sprawy, jak wielkie znaczenie będzie miał jeden z podpisów złożonych w 1978 roku. Zrobił jednak coś, czego politycy często nie potrafią: usunął państwo z drogi ludziom chcącym eksperymentować we własnych garażach.

Kiedy wspominamy prezydenturę Jimmy’ego Cartera, zwykle pojawiają się Iran, kryzys energetyczny, porozumienie z Camp David i długie kolejki na stacjach benzynowych.

Rzadziej mówi się o lodówce wypełnionej butelkami IPA.

A jednak jednym z najbardziej nieoczekiwanych elementów dziedzictwa Cartera jest amerykańska rewolucja piwa kraftowego.

Nie dlatego, że prezydent osobiście mieszał zacier w piwnicy Białego Domu. Carter był przedstawiany jako człowiek pijący bardzo niewiele, a jego administracja nie posiadała wielkiego planu stworzenia tysięcy mikrobrowarów.

Cała rewolucja ukryła się w ustawie dotyczącej głównie podatków od ciężarówek, autobusów i ciągników.

To bardzo amerykańska historia.

Żeby zrozumieć jej znaczenie, trzeba cofnąć się do czasów prohibicji.

Kiedy w 1933 roku zniesiono zakaz produkcji i sprzedaży alkoholu, Amerykanie znowu mogli legalnie kupować piwo. Nie oznaczało to jednak, że mogli je swobodnie warzyć w domu.

Produkcja domowego wina otrzymała odpowiednie zwolnienie podatkowe. W przypadku piwa podobnego wyjątku zabrakło. Teoretycznie nawet kilka butelek przygotowanych na własny użytek podlegało federalnym regulacjom i akcyzie.

Państwo nie stworzyło jednocześnie rozsądnego sposobu, dzięki któremu amator mógłby rozliczyć pięć galonów napoju fermentującego w plastikowym wiadrze.

Domowe warzenie piwa było więc w praktyce nielegalne.

Oczywiście nie oznaczało to, że Amerykanie przestali je robić.

W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych powstawały kluby domowych piwowarów. Entuzjaści wymieniali się sprzętem, drożdżami i przepisami. Działali trochę jak posiadacze nielegalnych laboratoriów, tyle że ich najbardziej niebezpieczną substancją był zwykle nieudany stout.

Charlie Papazian, późniejszy twórca American Homebrewers Association, zaczął prowadzić zajęcia z warzenia piwa w Boulder w Kolorado.

Podczas jednego z kursów pojawił się mężczyzna wyglądający jak stereotypowy agent federalny: ciemne spodnie, biała koszula i wąski czarny krawat. Papazian był przekonany, że właśnie odwiedził go przedstawiciel Bureau of Alcohol, Tobacco and Firearms.

Na początku zajęć przypomniał więc wszystkim, że technicznie robią coś nielegalnego, ale wyraził nadzieję, że władze mają ważniejsze problemy.

Okazało się, że podejrzany rzeczywiście pracował dla ATF.

Nie przyszedł jednak nikogo aresztować. Chciał nauczyć się warzyć piwo.

Ta anegdota, opisana przez Smithsonian National Museum of American History, doskonale pokazuje absurd ówczesnej sytuacji. Nawet człowiek odpowiedzialny za egzekwowanie przepisów chciał uczestniczyć w zakazanym hobby.

Tymczasem amerykański rynek piwa znajdował się na przeciwnym biegunie różnorodności.

Po zakończeniu prohibicji działały setki browarów. Później następowały kolejne przejęcia i bankructwa. Produkcja skupiała się w rękach coraz mniejszej liczby wielkich firm, które oferowały coraz bardziej podobne jasne lagery.

Pod koniec lat siedemdziesiątych pozostało zaledwie około 89 zakładów piwowarskich należących do 42 właścicieli. Eksperci przewidywali nawet, że w przyszłości cały amerykański rynek może zostać podzielony pomiędzy kilka koncernów.

Ameryka miała coraz więcej piwa.

Miała tylko coraz mniej jego rodzajów.

Wtedy kalifornijscy piwowarzy domowi zaczęli lobbować u senatora Alana Cranstona. Próby zmiany prawa przez dłuższy czas nie przynosiły rezultatu. Ostatecznie odpowiednią poprawkę dołączono do szerokiej ustawy podatkowej H.R. 1337.

Jej nazwa nie zapowiadała wielkiej rewolucji gastronomicznej. Ustawa zmieniała przepisy dotyczące podatku akcyzowego od ciężarówek, autobusów, ciągników, paliw lotniczych oraz kilku innych kwestii.

Pomiędzy nimi znalazł się punkt drugi: „Domowa produkcja piwa i wina”.

14 października 1978 roku Jimmy Carter podpisał ustawę.

Od lutego następnego roku dorosły Amerykanin mógł bez płacenia federalnej akcyzy wyprodukować w domu do stu galonów piwa rocznie. W gospodarstwie z co najmniej dwiema dorosłymi osobami limit wynosił dwieście galonów, czyli ponad 750 litrów.

Piwo miało być przeznaczone na użytek osobisty lub rodzinny, a nie na sprzedaż. Takie zasady nadal opisuje Alcohol and Tobacco Tax and Trade Bureau, a treść pierwotnej ustawy można znaleźć w archiwum Kongresu.

Carter nie wymyślił tej poprawki. Główną rolę odegrał Cranston oraz ludzie, którzy wcześniej przez lata zabiegali o zmianę prawa. Nie ma także dowodów, że legalizacja domowego piwa była osobistą pasją prezydenta.

Jego rola polegała na podpisaniu ustawy.

Czasem właśnie podpis oddziela hobby działające w półlegalnym podziemiu od całej nowej gałęzi gospodarki.

W tym samym 1978 roku Papazian współtworzył American Homebrewers Association i magazyn „Zymurgy”. Domowi piwowarzy zaczęli łatwiej organizować konkursy, publikować receptury, sprzedawać sprzęt i dzielić się wiedzą.

Kuchnie, piwnice i garaże stały się zdecentralizowanymi laboratoriami.

Jedni próbowali uwarzyć piwo podobne do europejskich ale’i. Inni zwiększali ilość chmielu, dodawali owoce, kawę, przyprawy albo dojrzewali piwo w beczkach. Większość eksperymentów kończyła się kilkoma przeciętnymi butelkami.

Niektóre kończyły się założeniem browaru.

Trzeba zachować właściwą kolejność wydarzeń. Amerykański kraft nie narodził się dopiero po podpisie Cartera. Fritz Maytag ratował Anchor Brewing już wcześniej, a Jack McAuliffe założył pionierski New Albion Brewing w 1976 roku.

Ustawa nie stworzyła więc ruchu od zera.

Dała mu za to tysiące nowych uczestników, wspólny język i legalną przestrzeń do eksperymentowania. Według Smithsonian ogromna większość zawodowych piwowarów kraftowych rozpoczynała właśnie od warzenia w domu.

Federalna zmiana nie zakończyła wszystkich zakazów. Poszczególne stany nadal ustalały własne zasady. Alabama i Mississippi zalegalizowały domowe warzenie dopiero w 2013 roku.

Mimo to efekt jest imponujący.

W 2024 roku w Stanach Zjednoczonych działało 9796 browarów kraftowych. Wartość detaliczna tego rynku wynosiła około 28,8 miliarda dolarów. Dane publikuje Brewers Association.

Nie wszystkie te przedsiębiorstwa zawdzięczają istnienie Jimmy’emu Carterowi. Na rozwój kraftu złożyły się zmieniające gusta konsumentów, przedsiębiorczość, nowe technologie, dostępność składników i późniejsze reformy stanowych przepisów.

Ale bez legalnej kultury domowego warzenia rewolucja prawdopodobnie byłaby znacznie mniejsza i wolniejsza.

To chyba najciekawsza lekcja tej historii.

Państwo nie zaprojektowało tysięcy browarów. Nie wybrało zwycięskich receptur i nie powołało federalnej komisji do opracowania idealnej IPA.

Zrobiło coś znacznie skuteczniejszego.

Przestało traktować ludzi eksperymentujących we własnych domach jak przestępców podatkowych.

Resztę wykonali sami.

Jimmy Carter nie uwarzył amerykańskiej rewolucji piwnej.

Podpisał tylko dokument, dzięki któremu Amerykanie mogli ją uwarzyć bez niego.

I właśnie za to warto wznieść toast.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Więcej artykułów