W Stanach Zjednoczonych od kilku dni trwa dyskusja, która wykracza daleko poza Donalda Trumpa. Nie dotyczy ona wyłącznie jednego przemówienia ani jednego prezydenta. Dotyczy czegoś znacznie ważniejszego – prawa obywatela do samodzielnego oceniania rzeczywistości.
Po wystąpieniu Donalda Trumpa część największych amerykańskich stacji telewizyjnych zdecydowała się nie transmitować go na żywo. Dla jednych była to zwykła decyzja programowa. Dla innych – niebezpieczny sygnał pokazujący, jak ogromną władzę nad przepływem informacji posiadają dziś media.
I właśnie tutaj pojawia się fundamentalne pytanie.
Czy zadaniem mediów jest informowanie społeczeństwa?
Czy może decydowanie za społeczeństwo, które informacje są warte wysłuchania?
To pytanie jest znacznie ważniejsze niż sam Donald Trump.
Bo nazwisko można zmienić.
Dzisiaj jest to Trump.
Jutro może to być republikanin, demokrata albo kandydat spoza dwóch największych partii.
Zasada pozostaje jednak taka sama.
Demokracja opiera się na świadomym obywatelu.
A świadomy obywatel to taki, który ma dostęp do informacji.
Nie do informacji wybranych.
Nie do informacji przefiltrowanych.
Po prostu do informacji.
Nie trzeba zgadzać się z Donaldem Trumpem.
Nie trzeba wierzyć ani jednemu jego słowu.
Każdy ma prawo uważać, że mówi prawdę, przesadza albo całkowicie się myli.
Ale żeby wyrobić sobie własne zdanie, najpierw trzeba mieć możliwość usłyszenia tego, co powiedział.
To właśnie dlatego materiał źródłowy jest tak ważny.
Najpierw przemówienie.
Potem komentarz.
Najpierw fakty.
Później interpretacja.
Odwrócenie tej kolejności prowadzi do sytuacji, w której odbiorca poznaje już nie wydarzenie, ale jego cudzą interpretację.
I właśnie z tym coraz częściej mamy do czynienia.
Współczesne media nie tylko opisują rzeczywistość.
Coraz częściej ją selekcjonują.
Decydują, które wydarzenie stanie się głównym tematem dnia.
Któremu poświęcą dwie minuty.
Które przemilczą.
Które pokażą w całości.
A które jedynie w kilkunastosekundowym fragmencie wyrwanym z kontekstu.
Oczywiście media zawsze dokonywały wyborów.
Nie da się pokazać wszystkiego.
Jednak istnieje ogromna różnica między wyborem kolejności materiałów a świadomym rezygnowaniem z transmitowania wystąpienia urzędującego prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Zwłaszcza wtedy, gdy jest ono skierowane do całego narodu.
Obrońcy takich decyzji odpowiadają, że media mają prawo prowadzić własną politykę redakcyjną.
I oczywiście mają.
Nikt rozsądny nie kwestionuje wolności prywatnych stacji telewizyjnych.
Ale wolność mediów niesie ze sobą również odpowiedzialność.
Jeżeli media przez lata przedstawiają siebie jako strażników demokracji, powinny szczególnie uważać, aby same nie zaczęły ograniczać dostępu do informacji.
Historia pokazuje, że cenzura bardzo rzadko zaczyna się od zakazu mówienia.
Znacznie częściej zaczyna się od przekonania, że społeczeństwo nie powinno czegoś usłyszeć.
Że ktoś inny lepiej wie, które informacje są właściwe.
To niezwykle niebezpieczny sposób myślenia.
Bo kto ma o tym decydować?
Redaktor?
Dyrektor stacji?
Właściciel koncernu medialnego?
A może algorytm serwisu internetowego?
Każdy z nich jest przecież człowiekiem.
Każdy ma własne poglądy.
Każdy ma własne sympatie i uprzedzenia.
Dlatego właśnie w demokracji nie zakłada się, że jedna grupa ludzi posiada monopol na prawdę.
Zakłada się coś zupełnie odwrotnego.
Że różne strony przedstawiają swoje argumenty.
Media przekazują informacje.
Eksperci je analizują.
A ostateczny osąd należy do obywatela.
Tak wygląda zdrowy model demokratycznego państwa.
Coraz częściej można jednak odnieść wrażenie, że część mediów przestaje postrzegać odbiorców jako ludzi zdolnych do samodzielnego myślenia.
Zamiast tego pojawia się przekonanie, że widza należy prowadzić za rękę.
Podpowiedzieć mu, co powinien obejrzeć.
Co powinien uznać za ważne.
A czego lepiej nie oglądać wcale.
To bardzo niebezpieczny kierunek.
Bo wolność słowa nie polega wyłącznie na prawie do mówienia.
Polega również na prawie do słuchania.
Na prawie do zapoznania się z argumentami drugiej strony.
Nawet jeśli są niewygodne.
Nawet jeśli budzą emocje.
Nawet jeśli wydają się błędne.
Historia Stanów Zjednoczonych od samego początku opierała się na przekonaniu, że wolni ludzie potrafią samodzielnie oddzielić prawdę od fałszu.
To właśnie dlatego Pierwsza Poprawka do Konstytucji stała się jednym z fundamentów amerykańskiej demokracji.
Nie po to, aby chronić poglądy popularne.
Ale po to, aby chronić możliwość ich swobodnego wyrażania i wysłuchania.
Dlatego dzisiejsza dyskusja nie dotyczy wyłącznie Donalda Trumpa.
Dotyczy tego, czy w XXI wieku obywatel nadal ma być sędzią informacji.
Czy rolę tę coraz częściej przejmują wielkie korporacje medialne.
Bo kiedy media zaczynają decydować nie tylko jak opowiedzieć historię, ale również czy w ogóle pozwolić społeczeństwu ją zobaczyć, wtedy przestajemy rozmawiać wyłącznie o polityce.
Zaczynamy rozmawiać o granicach wolności.
A to jest dyskusja, która dotyczy każdego z nas – niezależnie od tego, na kogo głosujemy.





Dodaj komentarz