Demokraci chcą rozszerzyć Sąd Najwyższy. Zablokowali poprawkę, która ograniczyłaby go do dziewięciu sędziów
Republikanie zaproponowali wpisanie do Konstytucji prostej zasady: Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych ma składać się z dziewięciu sędziów. Demokraci niemal jednogłośnie powiedzieli „nie”. W czasach, gdy coraz więcej polityków lewicy otwarcie mówi o zwiększeniu składu Sądu do 13 osób, trudno potraktować to głosowanie jako niewinną proceduralną różnicę zdań. W środę, 2 września, Izba Reprezentantów głosowała nad […]

Republikanie zaproponowali wpisanie do Konstytucji prostej zasady: Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych ma składać się z dziewięciu sędziów. Demokraci niemal jednogłośnie powiedzieli „nie”. W czasach, gdy coraz więcej polityków lewicy otwarcie mówi o zwiększeniu składu Sądu do 13 osób, trudno potraktować to głosowanie jako niewinną proceduralną różnicę zdań.
W środę, 2 września, Izba Reprezentantów głosowała nad H.J. Res. 1 – projektem poprawki do Konstytucji Stanów Zjednoczonych, która na stałe ustaliłaby liczbę sędziów Sądu Najwyższego na dziewięciu.
Treść proponowanej zmiany była wyjątkowo prosta: Sąd Najwyższy miał składać się z jednego Chief Justice oraz ośmiu Associate Justices.
Nie chodziło o zmianę obecnego składu Sądu. Nie chodziło o usunięcie któregokolwiek sędziego. Nie chodziło nawet o zwiększenie wpływu Republikanów na sądownictwo.
Chodziło o zachowanie systemu, który w obecnej formie funkcjonuje od 1869 roku.
Demokraci odmówili.
W głosowaniu projekt uzyskał wynik 212 do 206. Za było 211 Republikanów oraz zaledwie jeden Demokrata – kongresmen Don Davis z Karoliny Północnej. Przeciw zagłosowało 205 Demokratów. Do przyjęcia poprawki konstytucyjnej potrzebna była większość dwóch trzecich, więc propozycja nie miała wystarczającego poparcia.
Dziewięciu sędziów od ponad 150 lat
Konstytucja USA ustanawia Sąd Najwyższy, ale nie określa liczby jego członków. Kongres zmieniał ją kilkukrotnie w pierwszych dekadach istnienia państwa. Od 1869 roku obowiązuje jednak liczba dziewięciu sędziów.
To właśnie dlatego Republikanie chcą wpisać tę liczbę bezpośrednio do Konstytucji.
Nie bez powodu.
Obecny Sąd Najwyższy posiada konserwatywną większość 6-3, w dużej mierze dzięki trzem nominacjom Donalda Trumpa podczas jego pierwszej kadencji. Kolejne orzeczenia dotyczące aborcji, prawa do posiadania broni, kompetencji federalnych agencji czy zakresu władzy administracyjnej wywoływały coraz większą frustrację amerykańskiej lewicy.
I wtedy powrócił pomysł, który przez dziesięciolecia pozostawał na politycznych obrzeżach: skoro nie można zmienić orzeczeń Sądu, można zmienić sam Sąd.
Warto przy tym rozprawić się z jednym z najczęściej powtarzanych mitów dotyczących obecnego Sądu Najwyższego. Owszem, sześciu z dziewięciu sędziów zostało mianowanych przez republikańskich prezydentów i dlatego mówi się o „konserwatywnej większości 6–3”. Nie jest to jednak republikański klub parlamentarny, który automatycznie głosuje za Donaldem Trumpem. Dane pokazują coś zupełnie innego.
W kadencji 2025–26 tylko 22 procent wszystkich rozstrzygnięć zakończyło się klasycznym ideologicznym podziałem sześciu republikańskich nominantów przeciw trzem demokratycznym. Aż 44 procent decyzji było jednomyślnych. W analizie najbardziej podzielonych spraw z ostatnich czterech lat powtarzała się nawet koalicja, w której Roberts, Kavanaugh i Barrett głosowali razem z trzema liberalnymi sędziami przeciw Thomasowi, Alito i Gorsuchowi.
Trump przekonał się o tym na własnej skórze. Jego administracja przegrała przed Sądem między innymi fundamentalny spór dotyczący taryf, sprawę ograniczenia obywatelstwa z urodzenia oraz próbę usunięcia gubernator Rezerwy Federalnej Lisy Cook. W sprawie birthright citizenship przeciw stanowisku Trumpa zagłosowali Roberts, Kavanaugh i mianowana przez samego Trumpa Amy Coney Barrett. W sprawie taryf Barrett również znalazła się w większości, która zablokowała administrację.
To ważny kontekst dla debaty o rozszerzeniu Sądu. Demokraci nie mierzą się z dziewięcioosobowym organem, który bezwarunkowo realizuje program Republikanów. Mierzą się z Sądem o generalnie konserwatywnym kierunku, ale z sędziami, którzy regularnie rozbijają ideologiczne bloki i nie wahają się orzekać przeciw republikańskiemu prezydentowi. Tym trudniej uzasadnić pomysł zmiany liczby sędziów wyłącznie dlatego, że część najgłośniejszych orzeczeń lewicy się nie podoba.
Z dziewięciu do trzynastu
Jeszcze kilka lat temu oskarżenie Demokratów o chęć „court packingu”, czyli zwiększenia liczby sędziów po to, by zmienić ideologiczną równowagę Sądu, mogło być przedstawiane jako republikańska retoryka wyborcza.
Dzisiaj coraz trudniej tak twierdzić.
Była wiceprezydent i kandydatka Demokratów na prezydenta Kamala Harris opowiedziała się za poważnym rozważeniem zwiększenia liczby sędziów Sądu Najwyższego z dziewięciu do trzynastu.
Podobne stanowisko przedstawił niedawno jeden z najbardziej wpływowych Demokratów w Kongresie, James Clyburn.
„Trzynaście to całkiem dobra liczba” – argumentował Clyburn, popierając zwiększenie Sądu o cztery dodatkowe miejsca. Także Pete Buttigieg od lat opowiada się za zmianą jego struktury i mówił o modelu liczącym około 13 sędziów.
To nie jest więc hipotetyczny problem wymyślony przez republikańskich strategów.
Wpływowi politycy Partii Demokratycznej otwarcie dyskutują o zwiększeniu liczby miejsc w Sądzie Najwyższym.
A 2 września niemal cała demokratyczna reprezentacja w Izbie odmówiła poparcia poprawki, która taką możliwość raz na zawsze by zamknęła.
Demokraci odpowiadają: Kongres powinien zachować swoje uprawnienia
Demokraci przedstawiają jednak inne wyjaśnienie.
Biuro Democratic Whip Katherine Clark argumentowało przed głosowaniem, że poprawka odebrałaby Kongresowi jedno z jego konstytucyjnych uprawnień. Ponieważ Konstytucja obecnie nie ustala liczby sędziów, Kongres może ją zmieniać poprzez ustawodawstwo.
Z tego punktu widzenia Demokraci mogą twierdzić, że ich głos nie był poparciem dla zwiększenia Sądu, lecz sprzeciwem wobec permanentnego ograniczenia przyszłych Kongresów.
Problem polega na tym, że argument ten pojawia się dokładnie w momencie, gdy prominentni przedstawiciele tej samej partii zaczynają mówić o wykorzystaniu zachowanego w ten sposób uprawnienia.
Dlatego głosowanie ma znaczenie.
Nikt nie może uczciwie powiedzieć, że wszystkich 205 Demokratów głosujących przeciw poprawce osobiście planuje zwiększenie Sądu do 13 sędziów.
Można natomiast powiedzieć coś znacznie bardziej konkretnego: zdecydowana większość Demokratów w Izbie nie chciała konstytucyjnie odebrać przyszłej większości możliwości zwiększenia liczby sędziów.
I właśnie ta różnica jest kluczowa.
Sąd powinien interpretować prawo, a nie zmieniać skład wraz z wynikiem wyborów
Konserwatywny argument przeciwko „court packing” nie powinien zależeć od tego, która partia aktualnie kontroluje Sąd Najwyższy.
Wyobraźmy sobie zasadę, zgodnie z którą każda partia po zdobyciu Białego Domu i Kongresu może zwiększyć skład Sądu, jeśli nie podobają jej się wcześniejsze orzeczenia.
Demokraci dodają czterech sędziów i uzyskują większość.
Kilka lat później Republikanie wracają do władzy i dodają kolejnych sześciu.
Następna administracja odpowiada kolejnym zwiększeniem.
Sąd Najwyższy przestaje wtedy być niezależną instytucją konstytucyjną, a zaczyna przypominać kolejną izbę parlamentu, której skład dopasowuje się do aktualnego układu politycznego.
Historia zna już podobną próbę.
W 1937 roku Franklin D. Roosevelt, sfrustrowany Sądem blokującym część jego programu New Deal, zaproponował możliwość dodania nawet sześciu nowych sędziów. Plan wywołał ogromne kontrowersje, także wśród członków własnej partii i ostatecznie upadł.
Dzisiejsza debata powraca w bardzo podobnej atmosferze: politykom nie podobają się orzeczenia Sądu, więc część z nich proponuje zmianę liczby ludzi wydających te orzeczenia.
Republikanie zastawili polityczną pułapkę. Demokraci w nią weszli
Nie ma również sensu udawać, że środowe głosowanie było pozbawione politycznej kalkulacji.
Republikanie wiedzieli, że bez znaczącego poparcia Demokratów nie uzyskają wymaganych dwóch trzecich głosów. Głosowanie przed wyborami środka kadencji miało zmusić Demokratów do zajęcia jednoznacznego stanowiska.
Było więc również politycznym testem.
I Demokraci dali Republikanom dokładnie taki wynik, na jaki GOP prawdopodobnie liczyła.
211 Republikanów: za utrzymaniem dziewięciu miejsc.
205 Demokratów: przeciw konstytucyjnemu limitowi.
Jeden Demokrata przełamał partyjną linię.
Teraz każdy wyborca może sam zdecydować, jak interpretuje te liczby.
Debata nie dotyczy wyłącznie tego, czy ktoś lubi obecnych konserwatywnych sędziów.
Sędziowie odchodzą. Prezydenci się zmieniają. Większości polityczne przemijają.
Instytucje pozostają.
Jeżeli zasada dziewięciu sędziów jest dobra wtedy, gdy Sąd ma liberalną większość, powinna być również dobra wtedy, gdy większość jest konserwatywna.
A jeśli jedynym powodem zwiększenia Sądu ma być niezadowolenie z jego orzeczeń, nie mówimy już o „reformie”.
Mówimy o zmianie zasad gry dlatego, że nie podoba nam się wynik.
Właśnie dlatego głosowanie z 2 września powinno zostać zapamiętane.
Republikanie zaproponowali zamknięcie drzwi przed przyszłym politycznym rozszerzaniem Sądu Najwyższego.
Demokraci mogli powiedzieć: niezależnie od tego, kto rządzi, dziewięciu sędziów wystarczy.
205 z nich odmówiło.
I w obliczu coraz głośniejszych wezwań do stworzenia 13-osobowego Sądu Najwyższego wyborcy mają pełne prawo zapytać:
po co Demokraci tak bardzo chcą, żeby ta furtka pozostała otwarta?
Brief AmerykaPL
Najważniejsze wiadomości z USA, Chicago, Polski i świata. Krótko, konkretnie i po polsku.









Dodaj komentarz