Konkurs Piosenki Eurowizji miał być świętem muzyki. Stał się areną politycznych sporów. Polskie jury przyznało 12 punktów Izraelowi, co wywołało falę oburzenia. TVP tłumaczy, że chodziło o kryteria artystyczne, ale w tym roku nikt już nie wierzy, że na Eurowizji liczy się tylko piosenka.
Polskie jury (Eliza Orzechowska, Filip Kuncewicz, Jasiek Piwowarczyk, Viki Gabor, Staś Kukulski, Wiktoria Kida, Maurycy Żółtański) dało Izraelowi maksymalną notę. W internecie zawrzało. Zwłaszcza że pięć krajów wycofało się z konkursu w proteście przeciwko udziałowi Izraela w kontekście wojny w Strefie Gazy. Hiszpania, Irlandia, Holandia, Słowenia i Islandia nie wzięły udziału, a trzy z nich nie transmitowały nawet wydarzenia.
Tysiące artystów podpisało list otwarty wzywający do wykluczenia Izraela. Zwycięzca z 2024 roku, Nemo, odesłał trofeum do EBU. Alicja Szemplińska podczas wywiadu nie pozdrowiła izraelskich fanów, wyraźnie zaznaczając swoje stanowisko.
Telewizja Polska wydała oświadczenie, w którym tłumaczy, że jury działało zgodnie z regulaminem. „Jury ocenia występy przede wszystkim w oparciu o kryteria artystyczne i muzyczne, takie jak walory wokalne, kompozycja utworu, wykonanie sceniczne czy ogólna jakość prezentacji” – czytamy. TVP podkreśla, że nie przekazuje jurorom wytycznych politycznych, a skład sędziów został zaakceptowany przez EBU.
Eurowizja od lat udaje, że chodzi tylko o muzykę. W praktyce od dawna jest platformą do politycznych gier. Bojkoty, protesty, symboliczne gesty – to dziś ważniejsze niż skala czy charyzma wokalisty. W tym roku maski opadły całkowicie.





Dodaj komentarz