Czasem, kiedy słyszymy o marnowaniu publicznych pieniędzy, machamy ręką. Bo przecież to już nikogo nie dziwi. Jakaś przepłacona inwestycja, jakaś nietrafiona kampania, jakiś urzędniczy eksperyment. Ot, Polska. Ot, państwo. Ot, samorząd.
Ale kiedy spojrzy się na to wszystko razem, kiedy zestawi się dziesiątki takich historii obok siebie, człowiek zaczyna rozumieć, że tu nie chodzi o pojedyncze wpadki. Tu chodzi o system. O kulturę wydawania cudzych pieniędzy tak, jakby nie były niczyje.
I właśnie dlatego warto zajrzeć do „Czarnej Księgi” wydatków publicznych 2026, przygotowanej przez Warsaw Enterprise Institute. To już trzecia edycja zestawienia przykładów publicznego marnotrawstwa. Marnotrawstwa lokalnego, centralnego, małego, dużego, śmiesznego i zarazem groźnego. Bo śmiejemy się z tych historii, ale płaczemy przy rachunkach, podatkach i deficycie.
Dziś kilka przykładów z tej księgi. A właściwie kilkanaście. Bo Polska, proszę Państwa, potrafi być pod tym względem naprawdę hojna.
Zacznijmy od Warszawy.
Na Ursynowie powstały słynne już „Płuca Ursynowa”. Brzmi dumnie, prawda? Niemal jak ekologiczna rewolucja. A w praktyce? Kilka małych wysepek zieleni przy skrzyżowaniu, rabatki z korą, ziemią i różami, które internet ochrzcił nie skwerem, a raczej żartem urbanistycznym. Zamiast zachwytu były memy. Zamiast „zielonych płuc” – polityczna amunicja. I może to jest właśnie najlepsza metafora współczesnego zarządzania publicznymi pieniędzmi: pomysł może nawet dobry, ale efekt tak mizerny, że broni się już tylko urzędowym komunikatem.
A skoro jesteśmy przy rzeczach, które miały służyć ludziom, ale wyszły jak wyszły, to przenieśmy się do Szczecina.
Tam pojawił się kranik z wodą za 46 tysięcy złotych. Tak, zwykłe poidełko. Oczywiście można powiedzieć: infrastruktura, montaż, przyłącza, procedury. Ale kiedy kilka lat wcześniej mówiono o podobnych urządzeniach za około 15 tysięcy za sztukę, pytanie nasuwa się samo: czy to jeszcze poidełko, czy już luksusowy zdrój z segmentu premium?
Jeszcze lepiej robi się w Krakowie i okolicach.
Tam mieliśmy historię marszałka, który z publicznych pieniędzy finansował regularne szukanie podsłuchów w gabinecie, służbowym mieszkaniu i prywatnym domu. Ponad 220 tysięcy złotych. Detektywi, sprzęt, przeszukania, atmosfera jak z serialu szpiegowskiego. Tylko że to nie Netflix. To podatnik. Wychodzi na to, że w Małopolsce publiczne pieniądze można wydać nawet na walkę z niewidzialnym wrogiem.
A skoro o absurdach samorządowych mowa, to trudno nie wspomnieć o toalecie w szczerym polu w Zakęciu.
To jest proszę Państwa klasyka gatunku. Toaleta zbudowana po to, żeby spełnić formalny wymóg i odblokować dofinansowanie na drogę. Czyli nie dlatego, że była potrzebna mieszkańcom. Nie dlatego, że ktoś miał z niej realnie korzystać. Tylko dlatego, że papier musiał się zgadzać. Efekt? Ponad 165 tysięcy złotych na wychodek, który stał się symbolem biurokracji oderwanej od rzeczywistości. Bareja by tego lepiej nie wymyślił.
Ale nie tylko samorządy potrafią odpłynąć.
Rząd również. I to dosłownie.
Bo oto rządowy Boeing poleciał do Stanów Zjednoczonych po polskiego astronautę i jego żonę. Koszt? Około 400 tysięcy złotych. Oczywiście można to ubrać w język prestiżu, bezpieczeństwa i troski o bohatera narodowego. Ale można też zapytać zwyczajnie: czy naprawdę nie dało się tego zrobić taniej? Czy państwo, które każe obywatelowi oglądać każdą złotówkę, samo nie powinno czasem zajrzeć do własnego portfela?
Potem mamy już wejście na poziom niemal surrealistyczny, czyli KPO, dotacje i całą galerię osobliwości.
Pieniądze, które miały pomagać w odbudowie i odporności po pandemii, trafiały między innymi do klubów swingerskich, na jachty, do muzeum ziemniaka, na brydża, glamping z alpakami, ekspresy do kawy i inne cuda. To jest właśnie moment, w którym obywatel przestaje pytać, czy państwo umie wydawać pieniądze sensownie. Zaczyna pytać, czy ktokolwiek nad tym w ogóle panował.
A jeśli ktoś myśli, że to tylko śmieszne wyjątki, to spójrzmy na sumy naprawdę poważne.
Ponad 9 miliardów złotych na nierentowne górnictwo.
83 miliardy złotych na mrożenie cen energii.
Około 8 miliardów złotych na pilotaż Centrów Zdrowia Psychicznego, który trwa latami, kosztuje więcej, a efekty budzą gigantyczne wątpliwości.
To już nie są memy. To już nie jest lokalny kabaret. To są gigantyczne kwoty, które pokazują, że Polska ma nie tylko problem z małymi absurdami, ale z wielkimi strategiami finansowanymi bez jasnej odpowiedzialności i bez twardego rozliczenia efektów.
Weźmy pilotaż skróconego czasu pracy.
Brzmi nowocześnie, postępowo, europejsko. Ale kiedy okazuje się, że znaczna część pieniędzy trafia do sektora publicznego, a nie do realnej gospodarki, zaczynamy rozumieć, że państwo znów testuje dobrostan za cudze. To trochę tak, jakby urzędnik sam sobie przyznawał grant na sprawdzenie, czy lepiej pracuje mu się mniej.
Podobny mechanizm widać w historii nagród dla urzędników, tych wszystkich „karpiówek” i „resztówek”, rozdawanych dlatego, że pieniądze muszą zniknąć przed końcem roku. Nie dlatego, że ktoś pracował wybitnie. Nie dlatego, że wypracował konkretne efekty. Ale dlatego, że budżet trzeba domknąć. Czyli znów: system nie premiuje najlepszych, tylko premiuje wydanie wszystkiego.
A teraz spójrzmy na miasta.
W Łodzi z budżetu finansuje się miejską gazetkę za miliony, która ma informować mieszkańców, ale dziwnym trafem informuje ich głównie o tym, jak dobrze jest w mieście rządzonym przez tych, którzy tę gazetkę finansują.
W Krakowie, w cieniu politycznych napięć, zwiększa się nakład miejskiego biuletynu akurat wtedy, kiedy prezydent miasta potrzebuje lepszego PR-u.
Czyli nie informacja publiczna, tylko publicznie finansowany marketing.
W Gdańsku publiczne pieniądze idą na ratowanie prywatnego klubu piłkarskiego.
W Gdyni mamy dwa pomniki ambicji bez kalkulacji: najpierw węzeł Karwiny, czyli kosztowny półprodukt komunikacyjny, a potem lotnisko Gdynia-Kosakowo, na które wydano około 100 milionów złotych, choć żaden regularny pasażerski samolot stamtąd nie odleciał. Port widmo. Biały słoń. Monument decyzji, które brzmiały ambitnie, ale rzeczywistości nie wytrzymały.
I jeszcze dwa przykłady, które świetnie pokazują skalę odklejenia od zdrowego rozsądku.
W Szczytnie miasto najpierw sprzedało wieżę ciśnień za symboliczną złotówkę, a później odkupiło ją za 2,8 miliona złotych, by jeszcze dorzucić dziesiątki milionów na rewitalizację. Sprzedaż za grosze, odkup za miliony. To nie jest gospodarność. To jest rachunek wystawiony przyszłości za błędy przeszłości.
A w Krakowie stanęła nowoczesna toaleta za prawie 600 tysięcy złotych, która długo nie działała, więc obok postawiono… toi toi. I to jest, proszę Państwa, esencja polskiego absurdu inwestycyjnego. Najpierw budujemy coś bardzo drogiego, potem nie umiemy tego uruchomić, więc dokładamy rozwiązanie tymczasowe. Drogi luksus plus tani prowizoryczny zamiennik. Państwo w pigułce.
I ktoś może powiedzieć: dobrze, ale przecież nie wszystko da się mierzyć wyłącznie kalkulatorem.
To prawda. Nie wszystko.
Ale jeśli nie mierzymy niczego, to kończymy z kranikiem za 46 tysięcy, kiblem w polu, klubem swingerskim z dotacją, ślepą promocją regionów przez dopłaty do wakacji w Egipcie, rządowym lotem po astronautę i kolejnym ministerstwem, które po 500 dniach znika, zostawiając rachunek.
Najgroźniejsze w tej całej historii nie jest nawet to, że pieniądze są marnowane.
Najgroźniejsze jest to, że marnowanie zostało oswojone.
Że stało się normalne.
Że urzędnik, polityk, instytucja nauczyli się żyć w świecie, w którym odpowiedzialność jest rozmyta, a koszty zawsze ponosi ktoś inny. Czyli obywatel. Czyli podatnik. Czyli my.
Dlatego „Czarna Księga” przygotowana przez Warsaw Enterprise Institute jest potrzebna. Nie po to, żeby się pośmiać. Choć czasem naprawdę trudno się nie śmiać. Ale po to, by zobaczyć skalę problemu. I po to, by przypominać, że publiczne pieniądze nie są niczyje. Są nasze.
Jeśli chcą Państwo zobaczyć całą listę 49 przykładów z tegorocznej edycji, warto zajrzeć na stronę wei.org.pl.
Bo ta lista jest nie tylko katalogiem absurdów.
To także test naszej obywatelskiej odporności na bylejakość.
A pytanie brzmi:
czy my jeszcze się na to oburzamy,
czy już tylko przyzwyczailiśmy?





Dodaj komentarz