Jeszcze w połowie lat 90. w Stanach Zjednoczonych budowano około 140 centrów handlowych rocznie. Powstawały szybciej niż nowe szkoły, parki czy biblioteki. Wydawało się, że ogromne, klimatyzowane galerie otoczone oceanem parkingów będą wiecznym symbolem amerykańskiego dobrobytu.
A potem wszystko zatrzymało się niemal z dnia na dzień.
Już na początku XXI wieku zaczęto mówić o „szarych polach” i „martwych centrach handlowych” — obiektach z pustymi witrynami, zamkniętymi restauracjami i parkingami, na których chwasty wyrastały spomiędzy popękanego asfaltu. W 2007 roku po raz pierwszy od około pół wieku w Stanach Zjednoczonych nie otwarto ani jednego nowego dużego centrum handlowego.
W ciągu zaledwie jednego pokolenia jeden z najważniejszych elementów amerykańskiej kultury stał się reliktem przeszłości.
Dzisiaj łatwo powiedzieć, że galerie przegrały z Amazonem, zakupami internetowymi i dostawą następnego dnia. To jednak tylko część prawdy.
Amerykańskie centrum handlowe nigdy nie służyło wyłącznie do kupowania ubrań czy elektroniki. Było współczesnym rynkiem miejskim, szczególnie na przedmieściach, gdzie brakowało tradycyjnych placów, deptaków i centrów miast.
To właśnie tam nastolatkowie spotykali się po szkole. Tam odbywały się pierwsze randki. Rodzice zabierali dzieci do kina, na pizzę albo na spotkanie ze Świętym Mikołajem. Można było wejść do księgarni, salonu gier, sklepu muzycznego, RadioShacka, sklepu z filmami, cukierni, kawiarni czy restauracji.
Nie trzeba było nawet niczego kupować. Wystarczyło być.
Centrum handlowe dawało ludziom coś, co dziś staje się coraz rzadsze: miejsce publiczne, w którym można było przebywać bez konkretnego celu.
Dla młodych ludzi było to jedno z niewielu miejsc, w których mogli przez kilka godzin funkcjonować poza domem, ale nadal w stosunkowo bezpiecznym i kontrolowanym środowisku. Dla starszych mieszkańców galerie były miejscem spacerów, rozmów i codziennych rytuałów.
To był zamknięty, sztuczny świat, ale jednocześnie świat pełen życia.
Pierwszym problemem nie był internet. Pierwszym problemem było to, że Ameryka zbudowała po prostu zbyt wiele centrów handlowych.
Każde rozwijające się przedmieście chciało mieć własną galerię. Każdy inwestor widział szansę na łatwy zysk. Kolejne obiekty powstawały coraz dalej od centrów miast, przy szerokich autostradach i nowych osiedlach.
Z czasem centra zaczęły konkurować nie tylko z handlem internetowym, ale przede wszystkim ze sobą.
Nowsze galerie oferowały lepsze restauracje, większe kina, nowocześniejszy wystrój i bardziej prestiżowe marki. Starsze traciły klientów, a wraz z nimi najemców. Gdy zamykał się duży dom towarowy, taki jak Sears, Macy’s, JCPenney czy Nordstrom, znikał główny magnes przyciągający klientów.
Wtedy rozpoczynała się spirala śmierci.
Mniej sklepów oznaczało mniej ludzi. Mniej ludzi oznaczało mniejsze obroty pozostałych najemców. Kolejne firmy zamykały lokale, właściciel obiektu tracił dochody, ograniczał remonty i ochronę, a centrum zaczynało wyglądać na opuszczone.
W miejsce znanych marek pojawiały się przypadkowe sklepy, tymczasowe punkty usługowe i puste witryny zasłonięte czarną folią. W food courcie działały już tylko dwa lub trzy lokale. Fontanny przestawały działać. Dekoracje znikały. W powietrzu pozostawał zapach starego dywanu, chloru i jedzenia z frytkownicy.
W pewnym momencie ludzie nie przestawali chodzić do centrum dlatego, że było zamknięte. Centrum zamykało się dlatego, że ludzie przestawali mieć powód, aby tam przychodzić.
Zakupy internetowe oczywiście przyspieszyły ten proces. Po co jechać kilkanaście kilometrów, szukać miejsca parkingowego i chodzić od sklepu do sklepu, skoro ten sam produkt można znaleźć w telefonie, często taniej i z dostawą pod drzwi?
Pandemia dodatkowo przyzwyczaiła miliony ludzi do życia bez galerii, kin, biur i restauracji.
Jednak internet zmienił nie tylko sposób robienia zakupów. Zmienił sposób spędzania czasu.
Kiedyś człowiek szedł do centrum handlowego, ponieważ się nudził. Mógł obejrzeć wystawy, spotkać znajomych, zjeść coś, wejść do księgarni albo po prostu obserwować ludzi.
Dzisiaj nuda została skolonizowana przez telefon.
Nie musimy już wychodzić z domu, aby zobaczyć coś nowego. Nie musimy spotykać się ze znajomymi, aby z nimi rozmawiać. Nie musimy nawet znajdować wspólnej rozrywki, bo każdy może oglądać dokładnie to, co algorytm przygotował specjalnie dla niego.
Kiedyś wszyscy przebywali w tym samym miejscu, choć każdy robił coś innego. Dzisiaj możemy siedzieć przy jednym stole, ale każdy znajduje się w zupełnie innym świecie.
Śmierć galerii handlowych jest więc nie tylko historią gospodarczą. Jest historią zaniku wspólnej przestrzeni.
Galerie straciły również własny charakter.
Na początku każde centrum miało nieco inną atmosferę. Lokalne restauracje, charakterystyczne dekoracje, fontanny, rośliny, akwaria, kina, sklepy muzyczne i salony gier sprawiały, że wyjazd do galerii był wydarzeniem.
Z czasem właściciele zaczęli maksymalizować przychody z każdego metra kwadratowego. Zniknęły miejsca do siedzenia, dekoracje i atrakcje, które nie przynosiły bezpośrednich zysków. Galerie w różnych częściach kraju zaczęły wyglądać niemal identycznie.
Te same sklepy. Te same reklamy. Ten sam układ. Te same sieci restauracji.
Centrum handlowe, które miało być miejscem spotkań, zostało zredukowane do maszyny pobierającej czynsz.
A potem inwestorzy dziwili się, że ludzie przestali przychodzić.
Nie można przez lata usuwać wszystkiego, co tworzy atmosferę danego miejsca, a następnie oczekiwać, że klienci nadal będą traktować wizytę jako doświadczenie.
Paradoksalnie, najlepiej prosperujące centra handlowe pokazują, że ludzie wcale nie zrezygnowali z zakupów stacjonarnych.
Dobrze radzą sobie galerie luksusowe, obiekty w bogatych dzielnicach i centra oferujące coś więcej niż rząd sklepów odzieżowych. Pojawiają się w nich restauracje, siłownie, przestrzenie zabaw, kina, obiekty sportowe, supermarkety, gabinety lekarskie, mieszkania i biura.
Młodsi klienci także częściowo wracają do sklepów. Chcą przymierzyć ubrania, zobaczyć produkty na żywo i wyjść z zakupem od razu, zamiast czekać na przesyłkę.
Nie oznacza to jednak powrotu galerii z lat 80. i 90.
Dawny model ogromnego budynku położonego daleko od osiedli, otoczonego parkingiem i opartego na dwóch wielkich domach towarowych prawdopodobnie już nie wróci. Nowe obiekty coraz częściej przypominają niewielkie miasta: łączą handel, mieszkania, biura, rozrywkę i przestrzeń publiczną.
Część martwych galerii zamienia się w szpitale, szkoły, magazyny, osiedla mieszkaniowe albo centra administracyjne. Inne są burzone, a na ich miejscu powstają dzielnice z ulicami, restauracjami i mieszkaniami.
Historia zatacza koło.
Pierwsze centrum handlowe miało przypominać europejski rynek miejski. Później galerie przyczyniły się do zniszczenia tradycyjnych centrów miast. Teraz same są wyburzane, aby ponownie budować w ich miejscu ulice, mieszkania i place.
Najbardziej przejmujące we wspomnieniach o dawnych galeriach nie są jednak liczby dotyczące bankructw, pustostanów czy sprzedaży internetowej.
To świadomość, że miejsca, które wydawały się stałym elementem naszego świata, mogą zniknąć niemal bez śladu.
Szkoła została przebudowana. Restauracja zamknięta. Dom sprzedany. Kino zburzone. Sklep, do którego chodziło się z rodzicami, jest dziś pustym lokalem. Centrum handlowe, które kiedyś w grudniu rozświetlały tysiące lampek, stoi ciemne i otoczone płotem.
Człowiek może mieszkać przez całe życie w tej samej okolicy, a mimo to pewnego dnia odkryć, że niemal wszystko, co pamiętał z dzieciństwa, już nie istnieje.
Jak napisał jeden z internautów: cały świat jakby wyprowadził się beze mnie.
Być może dlatego fotografie opuszczonych galerii wywołują tak silne emocje. Nie patrzymy tylko na puste sklepy. Patrzymy na miejsce, w którym kiedyś było głośno, jasno i tłoczno. Widzimy resztki świata, który w swoim czasie wydawał się całkowicie normalny i oczywisty.
Śmierć amerykańskich centrów handlowych nie jest więc wyłącznie końcem pewnego modelu sprzedaży.
To symbol przejścia od świata wspólnych przestrzeni do świata prywatnych ekranów. Od spontanicznych spotkań do zaplanowanych interakcji. Od spacerowania bez celu do niekończącego się przewijania treści.
Galerie miały wiele wad. Przyczyniły się do upadku miejskich centrów, rozwoju przedmieść i uzależnienia ludzi od samochodów. Były symbolem konsumpcji i powtarzalności.
Jednocześnie dawały coś, czego internet, mimo całej swojej wygody, nadal nie potrafi zastąpić.
Obecność innych ludzi.
Możliwość wyjścia z domu bez szczególnego powodu.
I poczucie, że choć przez kilka godzin wszyscy znajdujemy się w tym samym świecie.





Dodaj komentarz