Dyplomacja lalek. Gdy Ameryka i Japonia próbowały uratować pokój dziecięcym gestem.

STRONA GŁÓWNA

W 1927 roku stosunki między Stanami Zjednoczonymi a Japonią wyraźnie się pogarszały. Rosła wzajemna nieufność, w prasie pojawiały się coraz ostrzejsze komentarze, a politycy po obu stronach Pacyfiku coraz częściej mówili językiem rywalizacji, a nie współpracy.

Zaledwie trzy lata wcześniej amerykański Kongres przyjął ustawę imigracyjną Johnsona-Reeda. Nowe prawo praktycznie zamykało obywatelom państw Azji Wschodniej drogę do legalnej imigracji do Stanów Zjednoczonych.

W Japonii odebrano to jako upokorzenie i dowód, że Ameryka nie traktuje Japończyków jak równych sobie partnerów.

Właśnie wtedy pojawił się pomysł niezwykły. Skoro zawodzą politycy, może warto zwrócić się do dzieci.

Amerykański misjonarz doktor Sidney Gulick, który przez wiele lat mieszkał w Japonii, był przekonany, że uprzedzenia nie są czymś, z czym człowiek się rodzi. Są czymś, czego człowiek się uczy. A skoro można nauczyć niechęci, można także nauczyć przyjaźni.

Gulick zaproponował więc, aby amerykańskie dzieci wysłały do Japonii lalki. Nie jako zabawki przekazywane w ramach zwykłej zbiórki, ale jako małe ambasadorki pokoju.

Do akcji włączyły się szkoły, kościoły, organizacje młodzieżowe i lokalne społeczności w całych Stanach Zjednoczonych.

Dzieci zbierały pieniądze, wybierały lalki, przygotowywały dla nich ubrania i pisały listy do nieznanych rówieśników po drugiej stronie oceanu.

Każda lalka otrzymywała własne imię, bilet, a niekiedy nawet specjalnie przygotowany paszport.

Wiosną 1927 roku do Japonii wysłano dokładnie 12 739 amerykańskich lalek.

Większość miała jasne włosy i niebieskie oczy, dlatego w Japonii zaczęto nazywać je „niebieskookimi lalkami”.

Przybyły przed obchodzonym 3 marca Hina Matsuri, tradycyjnym japońskim świętem dziewczynek i lalek.

W szkołach organizowano uroczystości powitalne. Dzieci śpiewały piosenki, wygłaszały przemówienia i przyjmowały amerykańskie lalki jak prawdziwych gości z zagranicy.

Część z nich trafiła nawet na oficjalne uroczystości w Tokio.

Była to prawdopodobnie jedna z największych dziecięcych inicjatyw dyplomatycznych w historii.

Japonia postanowiła odpowiedzieć.

Nie wysłano jednak tysięcy zwykłych zabawek. Zamiast tego najlepsi japońscy rzemieślnicy przygotowali 58 wyjątkowych lalek.

Były znacznie większe od amerykańskich, ubrane w bogato zdobione jedwabne kimona i wyposażone w tradycyjne meble, skrzynie, zastawę, parasole oraz inne miniaturowe przedmioty.

Każda reprezentowała określoną prefekturę, duże miasto, terytorium albo japoński dom cesarski.

Najważniejsza z nich nosiła imię Miss Japonii, czyli Miss Dai Nippon. Została ufundowana przez rodzinę cesarską.

Lalki wykonano z niezwykłą starannością. Nie były produktem fabrycznym, lecz dziełami sztuki przygotowanymi przez mistrzów z Tokio i Kioto.

Koszt wykonania pojedynczej lalki wraz z wyposażeniem wynosił około 200 dolarów. W 1927 roku była to ogromna suma, odpowiadająca dziś kilku tysiącom dolarów. W listopadzie japońskie „lalki wdzięczności” wyruszyły do Stanów Zjednoczonych. Dotarły przed Bożym Narodzeniem i rozpoczęły podróż po amerykańskich miastach.

Pokazywano je w szkołach, muzeach i domach towarowych. Tysiące dzieci mogły po raz pierwszy zobaczyć z bliska japońskie stroje, obyczaje i rzemiosło.

Przez chwilę mogło się wydawać, że niewielki gest naprawdę jest w stanie zmienić historię.

Ale historia potoczyła się inaczej.

Zaledwie czternaście lat później Japonia zaatakowała Pearl Harbor. Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny, która zakończyła się bombardowaniami Tokio oraz zrzuceniem bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki.

Lalki, które miały być symbolem pokoju, stały się niewygodną pamiątką po kraju uznanym nagle za śmiertelnego wroga.

W Japonii wiele amerykańskich lalek zniszczono. Niektóre spalono podczas antyamerykańskich uroczystości. Inne usunięto ze szkół albo porzucono. Byli jednak nauczyciele, którzy odmówili wykonania polecenia.

Ukrywali lalki na strychach, w szafach, magazynach i szkolnych piwnicach. Ryzykowali oskarżenie o brak patriotyzmu, ponieważ wierzyli, że dziecięcego daru przyjaźni nie powinno się niszczyć z powodu decyzji polityków.

Dzięki nim część niebieskookich lalek przetrwała wojnę.

Także w Stanach Zjednoczonych los japońskich ambasadorek nie zawsze był spokojny. Część zaginęła, część została błędnie opisana, a niektóre przez dziesięciolecia leżały zapomniane w magazynach muzeów.

Do dziś zachowało się jednak ponad 40 spośród 58 japońskich lalek.

Jedną z najlepiej znanych jest Miss Japonii, przechowywana obecnie w Smithsonian Institution.

Ma około 76 centymetrów wysokości. Jej twarz pokryto tradycyjnym pigmentem wykonanym ze sproszkowanych muszli ostryg, a włosy wykonano z prawdziwych ludzkich włosów. Ubrano ją w wielowarstwowe kimono ozdobione motywami roślinnymi, zwierzęcymi i złotą nicią.

Nie jest zwykłą zabawką. Jest dokumentem epoki.

Materialnym świadectwem chwili, w której dwa społeczeństwa próbowały powstrzymać narastającą wrogość, zanim przerodziła się ona w wojnę.

Projekt lalek przyjaźni nie zapobiegł konfliktowi. Można więc uznać, że zakończył się porażką. Ale można spojrzeć na niego także inaczej.

Niektóre z amerykańskich lalek przetrwały tylko dlatego, że japońscy nauczyciele pamiętali dzieci, które je wysłały. Nie widzieli w nich symbolu wrogiego państwa. Widzieli prezent od konkretnego dziecka. Od kogoś, kto nie znał ich języka, nie rozumiał wielkiej polityki i nie miał wpływu na decyzje swojego rządu.

Być może właśnie w tym tkwiła prawdziwa siła całej inicjatywy. Dyplomacja prowadzona przez polityków opiera się na interesach, układach, sankcjach i sile militarnej. Dyplomacja dzieci opierała się na czymś znacznie prostszym.

Na przekonaniu, że człowiek po drugiej stronie oceanu nie musi być wrogiem. Wystarczy wysłać mu lalkę, list i kilka słów życzliwości.

Sto lat później świat ponownie pełen jest napięć, zamykanych granic, sankcji i coraz ostrzejszego języka.

Dlatego historia lalek z 1927 roku nie jest wyłącznie ciekawostką z przeszłości.

Jest przypomnieniem, że wojna zaczyna się dużo wcześniej niż pierwszy wystrzał.

Zaczyna się wtedy, gdy przestajemy dostrzegać ludzi po drugiej stronie.

A pokój również zaczyna się wcześniej.

Czasami od traktatu. Czasami od rozmowy.

A czasami od zwykłej, niebieskookiej lalki wysłanej przez ocean.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Więcej artykułów