Jest taki moment w życiu każdego artykułu, materiału czy nagrania, kiedy przestaje on należeć do autora. Nie dzieje się to w chwili publikacji ani wtedy, gdy ktoś go udostępni. Ten moment następuje dopiero wtedy, gdy trafia do sekcji komentarzy.
To zupełnie inny świat. Świat, w którym nie obowiązują redakcje, korekty, źródła ani odpowiedzialność. Świat, w którym fakty są opcjonalne, a pewność siebie – obowiązkowa. To właśnie tam rodzi się nowa elita internetu: eksperci. Samozwańczy, natychmiastowi i, co najważniejsze, nieomylni.
Znamy ich wszyscy. To ludzie, którzy pojawiają się pod postem szybciej niż pierwsze „lajki”. Nie potrzebują czasu, kontekstu ani nawet przeczytania całości. Wystarczy nagłówek. Czasem pół zdania. I już wiedzą. Wiedzą lepiej, szybciej i – w ich przekonaniu – dokładniej niż autor.
Najczęściej uzbrojeni są w jedno zdanie: „Może byście sprawdzili, bo to nieprawda.” To nie jest już zwykły komentarz. To manifest. Deklaracja: „Ja – człowiek, który właśnie przeczytał kilka słów – przychodzę poprawić kogoś, kto spędził nad tym tematem godziny.”
Najciekawsze jest jednak to, że dla wielu z nich nie jest to zwykłe czepianie się. To rola. Poważna rola społeczna. W ich własnym przekonaniu pilnują standardów, bronią prawdy, stoją na straży rzetelności. Problem polega na tym, że nie weryfikują faktów. Weryfikują własne wyobrażenia o faktach.
I tutaj zaczyna się najbardziej absurdalna, a jednocześnie zabawna część tego zjawiska.
Bardzo często mamy do czynienia z artykułem, który po prostu cytuje czyjąś wypowiedź. Ktoś coś powiedział. Padły konkretne słowa. Jest nagranie, jest źródło, jest kontekst. I wtedy pojawia się komentarz: „Nieprawda.”
Trudno nie zadać pytania: co dokładnie jest nieprawdą? To, że ktoś coś powiedział, czy to, że nie zgadzamy się z tym, co powiedział?
To trochę tak, jakby oglądać wywiad i stwierdzić: „On tego nie powiedział”, podczas gdy właśnie to powiedział – na wideo, publicznie, przed chwilą. Dla wielu komentujących nie ma to jednak znaczenia. Jeśli nie zgadzają się z treścią wypowiedzi, uznają, że sama wypowiedź nie istnieje. Rzeczywistość przestaje być faktem, a staje się opinią.
Jest też drugi poziom tego zjawiska. Artykuł krytykuje jednego polityka – i natychmiast w komentarzach pojawiają się wnioski: „Aha, czyli popieracie tych drugich”, „propaganda”, „czyli jesteście za nimi”.
Tymczasem krytykowanie jednej strony nie oznacza automatycznego popierania drugiej. To nie jest mecz piłki nożnej ani system zero-jedynkowy. W świecie komentarzy jednak wszystko musi być proste. Jeśli nie zgadzasz się z jednymi, to na pewno jesteś fanem drugich. Jeśli krytykujesz Demokratów, jesteś zwolennikiem Trumpa. Jeśli krytykujesz Republikanów, jesteś „po drugiej stronie”.
Nie ma miejsca na niuanse, analizę czy zwykłe myślenie. Łatwiej przypisać etykietę i iść dalej.
Najbardziej uderzające jest tempo. Dziennikarz czyta, sprawdza, kontaktuje się ze źródłami, porównuje informacje, pisze i redaguje. Komentujący czyta nagłówek, pisze komentarz i – w swoim przekonaniu – poprawia świat.
To trochę tak, jakby ktoś wszedł do restauracji, spojrzał na menu i powiedział do szefa kuchni: „Może byście sprawdzili, bo to danie jest niedobre.” Nie spróbował, nie zamówił, ale wie.
I to nie są pojedyncze przypadki. To zjawisko. Cała grupa ludzi, którzy uwierzyli, że dostęp do internetu równa się kompetencji, że opinia równa się wiedzy, a komentarz równa się korekcie.
Gdzieś po drodze zgubiliśmy coś bardzo prostego – umiejętność przeczytania tekstu do końca. Zanim poprawimy dziennikarza, zanim napiszemy „to nieprawda”, zanim przyjmiemy rolę eksperta, warto zrobić coś naprawdę rewolucyjnego: przeczytać całość.
Ale żyjemy w czasach skrótów, nagłówków i reakcji szybszych niż myśl. I być może dlatego najgłośniej krzyczą ci, którzy wiedzą najmniej.
Bo wiedza wymaga czasu, wątpliwości i zatrzymania się. Pewność siebie wystarczy kliknąć.
I może właśnie to jest największa ironia naszych czasów. Nigdy wcześniej nie mieliśmy tak łatwego dostępu do informacji. Nigdy wcześniej nie mogliśmy sprawdzić tak wiele, tak szybko. A mimo to nigdy wcześniej tak wielu ludzi nie było tak pewnych rzeczy, których nawet nie przeczytali.
Dlatego następnym razem, gdy zobaczymy komentarz: „Może byście sprawdzili, bo to nieprawda”, warto się na chwilę zatrzymać i zadać sobie pytanie: czy to głos rozsądku, czy tylko echo świata, w którym każdy może powiedzieć wszystko – nawet jeśli nie przeczytał nic.





Dodaj komentarz