Birthright Citizenship: sędzia Clarence Thomas przypomina, czym naprawdę jest obywatelstwo

STRONA GŁÓWNA

Demokraci i media głównego nurtu od razu uruchomili alarm: „Trump chce zakazać obywatelstwa dzieciom!”, „Republikanie cofają Amerykę do czasów Dreda Scotta!”. To przewidywalna histeria. W rzeczywistości spór nie dotyczy odbierania czy zakazywania obywatelstwa Amerykanom. Dotyczy pytania, czy 14. Poprawka do Konstytucji miała być gwarancją dla ludzi naprawdę należących do amerykańskiej wspólnoty, czy automatycznym paszportem dla dzieci turystów urodzeniowych i osób przebywających w USA nielegalnie.

W tej sprawie najmocniej wybrzmiał głos sędziego Clarence’a Thomasa. Jego zdanie odrębne to nie tylko krytyka decyzji Sądu Najwyższego. To konserwatywna lekcja historii, prawa i zdrowego rozsądku. Thomas zarzucił większości, że stworzyła „alternatywną historię” 14. Poprawki i że jej rozstrzygnięcie „dewaluuje” amerykańskie obywatelstwo.

Sedno jego argumentu jest proste: obywatelstwo nie było w amerykańskiej tradycji nagrodą za sam fakt urodzenia się na określonym terytorium. Obywatelstwo oznaczało przynależność. Dom. Lojalność. Zakorzenienie. Thomas przypomina, że obywatelami nie byli ludzie jedynie przejeżdżający przez kraj albo przypadkowo urodzeni w jego granicach. Obywatelami byli stali członkowie wspólnoty politycznej, ludzie, którzy mieli tu swoje korzenie, nazywali to miejsce domem i w razie potrzeby byliby gotowi za nie walczyć.

To właśnie dlatego kluczowe są słowa 14. Poprawki: „subject to the jurisdiction thereof”, czyli „podlegający jurysdykcji Stanów Zjednoczonych”. Lewica czyta je dziś banalnie: jeśli ktoś stoi na amerykańskiej ziemi i musi przestrzegać amerykańskiego prawa, to jest „pod jurysdykcją”. Thomas odpowiada: nie o to chodziło. Chodziło o pełną polityczną przynależność, a nie chwilową obecność.

  1. Poprawka powstała po wojnie secesyjnej, by pogrzebać haniebne dziedzictwo za czasów Dredda Scotta i zagwarantować obywatelstwo wyzwolonym czarnym Amerykanom. Ludziom, którzy urodzili się w Ameryce, żyli w Ameryce, nie mieli innego kraju i nie byli lojalni wobec żadnego obcego państwa. Thomas przypomina, że poprawka była dla ludzi takich jak Frederick Douglass, którzy domagali się uznania nie jako cudzoziemcy czy wygnańcy, ale jako Amerykanie.

I tu pojawia się zasadnicza różnica, którą dzisiejsza lewica próbuje zamazać. Wyzwolony niewolnik, którego rodzina od pokoleń żyła na tej ziemi, to nie to samo co turysta urodzeniowy przylatujący do Kalifornii w dziewiątym miesiącu ciąży. Nielegalny imigrant albo tymczasowy gość ma obywatelstwo innego państwa, paszport innego państwa, często dom w innym państwie i więź polityczną z innym państwem. Thomas mówi wprost: autorzy 14. Poprawki nie tworzyli mechanizmu, który miał obejmować dzieci „osób czasowo przebywających” w USA.

Sędzia Thomas pokazuje też, że jego stanowisko nie jest żadną egzotyczną teorią. Według niego tak rozumieli sprawę najważniejsi twórcy i obrońcy 14. Poprawki: John Bingham, Lyman Trumbull, Jacob Howard, liczni kongresmeni z epoki Rekonstrukcji, administracja prezydenta Granta, Sąd Najwyższy w XIX wieku, stanowe legislatury i wybitni prawnicy tamtej epoki. Thomas pisze właściwie: jestem spokojny o towarzystwo, w którym stoję.

To jest najmocniejszy punkt jego opinii. Lewica przedstawia konserwatywne stanowisko jako radykalne, tymczasem Thomas pokazuje, że radykalna jest dzisiejsza interpretacja. To ona zamienia poprawkę stworzoną dla wyzwolonych niewolników w narzędzie masowego automatyzmu obywatelskiego dla dzieci osób, które nie mają trwałej więzi z Ameryką.

Nie chodzi więc o likwidację obywatelstwa przez urodzenie. Chodzi o przywrócenie mu sensu. Obywatelstwo nie może być usługą hotelową: urodziłeś się w amerykańskim szpitalu, więc wygrałeś najcenniejszy dokument świata. Obywatelstwo powinno oznaczać przynależność do narodu, a nie współrzędne GPS porodu.

Thomas kończy swoją opinię ostrzeżeniem: decyzja większości może nie przetrwać próby czasu, bo obniża rangę amerykańskiego obywatelstwa. I trudno się z nim nie zgodzić. Państwo, które nie potrafi zdefiniować, kto naprawdę należy do jego wspólnoty politycznej, prędzej czy później traci kontrolę nad własną suwerennością.

Dlatego ta debata dopiero się zaczyna. Jeśli Sąd Najwyższy nie chce wrócić do pierwotnego znaczenia 14. Poprawki, Kongres powinien jasno doprecyzować prawo. Automatyczne obywatelstwo powinno przysługiwać dzieciom tych, którzy naprawdę są częścią amerykańskiej wspólnoty: obywateli i stałych legalnych mieszkańców. Nie powinno być furtką dla turystyki urodzeniowej, nielegalnej imigracji i cynicznego wykorzystywania amerykańskiej hojności.

Clarence Thomas nie broni zamkniętej Ameryki. Broni Ameryki, która wie, czym jest obywatelstwo. A obywatelstwo to nie przypadek urodzenia. To dom, lojalność i przynależność.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Więcej artykułów