Są w historii Stanów Zjednoczonych nazwiska, które zna prawie każdy: Washington, Jefferson, Madison, Franklin, Hamilton. Są też nazwiska, które stoją trochę z boku. Nie dlatego, że były mniej ważne, ale dlatego, że ich właściciele nie zabiegali o sławę, nie zostali prezydentami, nie mieli szczęścia do szkolnych podręczników albo w kluczowym momencie powiedzieli wielkim ludziom swojej epoki: „nie”.George Mason należy właśnie do tej drugiej grupy.Nie był prezydentem. Nie był sekretarzem stanu. Nie dowodził armią. Nie stworzył wielkiej partii politycznej. Nie miał temperamentu Alexandra Hamiltona ani legendy George’a Washingtona. A jednak bez George’a Masona trudno wyobrazić sobie jedną z najważniejszych części amerykańskiego systemu: Bill of Rights, czyli pierwsze dziesięć poprawek do Konstytucji Stanów Zjednoczonych.Mason bywa nazywany „Forgotten Founder”, zapomnianym Ojcem Założycielem. I jest w tym określeniu coś bardzo trafnego. Bo jego idee są wszędzie, ale jego nazwisko często znika. Mówimy o wolności słowa, wolności prasy, wolności religii, prawie do procesu przed ławą przysięgłych, ochronie przed okrutnymi karami, ograniczeniu władzy rządu, prawach obywatela wobec państwa. To wszystko kojarzymy z amerykańską Konstytucją i Bill of Rights. Ale zanim te idee trafiły do federalnego systemu, George Mason wpisał je w Virginia Declaration of Rights z 1776 roku.





Dodaj komentarz