Operacja Washtub, czyli tajny zimnowojenny program na Alasce

STRONA GŁÓWNA

Wyobraźcie sobie Amerykę początku lat 50. Świat dopiero co wyszedł z II wojny światowej, ale pokój wcale nie wyglądał jak pokój. Sowieci mają już bombę atomową. Komuniści zwyciężają w Chinach. Korea Północna, wspierana przez Moskwę, atakuje Południe. W Waszyngtonie wielu ludzi naprawdę wierzy, że to może być dopiero początek dużo większej wojny.

I wtedy na mapę wraca Alaska.

Dziś myślimy o niej jako o dalekim, pięknym, dzikim stanie: góry, śnieg, niedźwiedzie, samoloty lądujące gdzieś pośrodku niczego. Ale w czasie zimnej wojny Alaska była czymś więcej. Była amerykańskim frontem. Leżała blisko Związku Sowieckiego. Tak blisko, że w wojskowych kalkulacjach pojawiał się bardzo konkretny scenariusz: co, jeśli Rosjanie nie zaczną od Europy, tylko uderzą przez Alaskę?

Brzmi jak fabuła filmu? A jednak nie. Tak narodziła się Operation Washtub.

Był to tajny program FBI i U.S. Air Force Office of Special Investigations. Plan był prosty i jednocześnie niesamowity: jeśli Sowieci zaatakują i zajmą Alaskę, część zwykłych mieszkańców nie ucieknie. Zostaną na miejscu. Ukryją się. Będą obserwować ruchy wroga, przekazywać informacje, pomagać zestrzelonym amerykańskim pilotom i korzystać z wcześniej przygotowanych skrytek ze sprzętem.

To byli tak zwani stay-behind agents — agenci, którzy mieli zostać za linią wroga.

Najciekawsze jest to, kogo rekrutowano. Nie zawodowych szpiegów z garniturami i teczkami. Nie Jamesów Bondów z eleganckich hoteli. Szukano ludzi, którzy znali Alaskę jak własną kieszeń: pilotów buszowych, traperów, rybaków, myśliwych, poszukiwaczy złota, operatorów łodzi, listonoszy, pastorów, hotelarzy, barmanów. Ludzi, którzy mogli pojawić się w małej osadzie, w lesie albo przy odległym lotnisku i nikt nie zadawałby pytań.

W dokumentach pojawia się kandydat idealny: człowiek z Anchorage, fotograf, radioamator, pilot małego samolotu, przewodnik myśliwski, znający sztukę przetrwania. Miał tylko jedną rękę, więc uznano, że w razie okupacji nie przydałby się Sowietom w obozie pracy. Za to dla Amerykanów mógł być bezcenny.

To jest ten moment, w którym zimna wojna przestaje być abstrakcją. Nie chodzi już o wielkie przemówienia, czerwone guziki i mapy w Pentagonie. Chodzi o zwykłych ludzi z małych miejscowości, którzy nagle dostają propozycję: jeśli przyjdzie wojna, zostaniesz tu, sam, wśród śniegu, z radiem, kodami i świadomością, że wróg może cię zlikwidować jako lokalny opór.

Program miał też swoją absurdalną, alaskańską stronę. Według Anchorage Daily News kilku rekrutów po prostu nie pojawiło się na szkoleniu. Jeden tłumaczył, że był zajęty polowaniem na niedźwiedzia. I trudno o bardziej alaskańskie zdanie niż: „Nie mogłem przyjść na szkolenie szpiegowskie, bo polowałem na niedźwiedzia”.

Ale za tą anegdotą kryła się poważna sprawa. W skrytkach przygotowywano jedzenie, paliwo, radia, odzież zimową, broń, monety ze złota i srebra, sprzęt do wspinaczki, narty, rakiety śnieżne. Agenci mieli dostawać roczne wynagrodzenie za gotowość. W dokumentach pojawia się kwota do 3000 dolarów rocznie, a po ewentualnej inwazji nawet podwojenie tej sumy. W latach 50. to nie były drobne.

Ostatecznie przeszkolono 89 takich agentów. Sowieci nigdy nie zaatakowali Alaski. Żaden z nich nie musiał nadawać dramatycznego meldunku z ukrytej chaty. Żaden nie stał się bohaterem wojny, której nie było.

Ale cała historia mówi nam coś ważnego o Ameryce tamtego czasu.

Po pierwsze, pokazuje skalę zimnowojennego strachu. Dla ludzi w Waszyngtonie inwazja na Alaskę nie była fantazją z komiksu. Była jednym z realnych scenariuszy, do których trzeba było się przygotować.

Po drugie, pokazuje specyficzną wiarę Ameryki w obywatela. W przekonanie, że w razie najgorszego nie tylko armia, nie tylko rząd, ale też zwykły człowiek — pilot, traper, barman, pastor — może stać się częścią obrony kraju.

Po trzecie, pokazuje też ciemniejszą stronę epoki. Z programu wykluczono rdzennych mieszkańców Alaski, mimo że to właśnie oni najlepiej znali teren. W dokumentach używano wobec nich rasistowskich stereotypów i uznano ich za „niewiarygodnych”. To bardzo zimnowojenne: wielka opowieść o obronie wolności, a obok niej stare uprzedzenia wpisane w oficjalne plany państwa.

Operation Washtub zakończono w 1959 roku, gdy Alaska stała się stanem. Program był drogi, trudny do utrzymania i nigdy nie został sprawdzony w praktyce. Część skrytek zamieniono później w zapasy ratunkowe, inne z czasem splądrowano albo porzucono.

Została jednak niesamowita historia.

Historia o tym, że gdzieś na północy, wśród śniegu, tundry i gór, przez kilka lat żyli ludzie, którzy mogli być twoim sąsiadem, pilotem lokalnego samolotu, właścicielem hotelu albo człowiekiem siedzącym obok w barze. I którzy w razie sowieckiej inwazji mieli zniknąć w alaskańskiej dziczy, otworzyć ukrytą skrytkę, uruchomić radio i zostać ostatnimi oczami Ameryki za linią wroga.

To brzmi jak kino. Ale to była prawdziwa zimna wojna.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Więcej artykułów