Są takie historie, które brzmią jak legenda z karczmy, bajka opowiadana przy ognisku albo scenariusz do filmu fantasy. A potem okazuje się, że naukowcy naprawdę pochylają się nad tym pod mikroskopem.
W chińskiej prowincji Junnan od lat znany jest grzyb o nazwie Lanmaoa asiatica. Lokalnie mówi się na niego jian shou qing, co można przetłumaczyć mniej więcej jako „siniejący w dłoni” albo „ten, który robi się niebieski po dotknięciu”. Jest ceniony jako przysmak — ma bogaty, intensywny smak i trafia na targi, do restauracji oraz domowych kuchni.
Ale ma też drugą, znacznie mroczniejszą reputację.
Jeśli zostanie zjedzony niedogotowany, potrafi wywołać niezwykle dziwne halucynacje. Nie ogólne „kolory”, nie typowe psychodeliczne wizje, ale bardzo konkretny motyw: ludzie widzą małe postacie. Maleńkich ludzi. Czasem kolorowych, czasem przypominających elfy, czasem maszerujących po stole, wspinających się po meblach, przechodzących pod drzwiami albo pojawiających się na talerzach podczas jedzenia.
W medycynie istnieje nawet określenie na taki rodzaj wizji: halucynacje lilipucie — od Liliputów z „Podróży Guliwera”. Chodzi o postrzeganie miniaturowych ludzi, zwierząt albo fantastycznych postaci. I w przypadku tego grzyba powtarzalność relacji jest czymś, co szczególnie zaintrygowało badaczy.
Bo przy większości znanych substancji psychoaktywnych doświadczenia są bardzo indywidualne. Jedna osoba widzi kolory, inna wzory, ktoś inny przeżywa emocjonalną podróż. Tymczasem tutaj motyw „małych ludzi” powraca z zadziwiającą regularnością — w Chinach, w relacjach z Filipin, a być może także w dawnych opisach z Papui-Nowej Gwinei.
I tu zaczyna się prawdziwa zagadka.
Naukowcy sprawdzali, czy Lanmaoa asiatica zawiera znane związki halucynogenne. Szukano śladów mechanizmów związanych z psylocybiną, czyli substancją obecną w klasycznych „magicznych grzybach”. Szukano też powiązań z kwasem ibotenowym, znanym z muchomora czerwonego. I nic.
Według dotychczasowych badań ten grzyb nie pasuje do znanych kategorii. Nie wygląda na to, by działał przez klasyczną psylocybinową ścieżkę. Nie ma też prostego wyjaśnienia w postaci znanych „grzybowych” halucynogenów. Innymi słowy: coś tam jest, ale nauka jeszcze nie wie dokładnie co.
To właśnie bada Colin Domnauer, doktorant związany z University of Utah i Natural History Museum of Utah. Jego praca dotyczy jednej z najbardziej niezwykłych zagadek współczesnej mykologii: jaki związek chemiczny może sprawiać, że ludzie po zjedzeniu niedogotowanego grzyba widzą setki małych postaci?
Co ciekawe, w Junnanie wiedza o tym grzybie jest praktyczna, niemal codzienna. W restauracjach z grzybowym hot potem kelnerzy potrafią nastawić timer i ostrzec gości: nie jedzcie przed czasem, bo możecie zobaczyć małych ludzi. To nie jest więc internetowy mit, ale element lokalnej kultury kulinarnej — połączenie przysmaku i ryzyka.
Warto też podkreślić: to nie jest sympatyczna bajeczka o magicznym obiedzie. Te zatrucia mogą kończyć się hospitalizacją. Objawy potrafią trwać wiele godzin, czasem nawet dłużej, a oprócz wizji mogą pojawiać się delirium, zawroty głowy i poważne zaburzenia świadomości. Ludzie nie jedzą tego grzyba po to, żeby „odlecieć”. Najczęściej jedzą go jako potrawę — i po prostu nie przygotowują go wystarczająco dokładnie.
Ta historia mówi nam coś większego niż tylko: „istnieje dziwny grzyb z Chin”.
Pokazuje, jak mało wiemy o świecie, który rośnie dosłownie pod naszymi stopami. Grzyby są jedną z najbardziej niedocenianych bibliotek chemicznych natury. Znamy tylko fragment ich różnorodności. A w ich tkankach mogą kryć się związki, których nauka jeszcze nie opisała, mechanizmy, których nie rozumiemy, i odpowiedzi na pytania, których dopiero zaczynamy się uczyć zadawać.
Bo jeśli istnieje substancja, która z niezwykłą powtarzalnością wywołuje bardzo konkretny typ halucynacji, to może pomóc naukowcom lepiej zrozumieć nie tylko same grzyby, ale też ludzki mózg. Dlaczego umysł w pewnych warunkach tworzy miniaturowe postacie? Dlaczego akurat takie? Jakie obszary mózgu odpowiadają za skalę, kształt, ruch i obecność wyobrażonych istot?
To pytania z pogranicza biologii, neurologii, chemii i filozofii.
I może właśnie dlatego ta historia tak działa na wyobraźnię. Z jednej strony mamy targ w Junnanie, miskę grzybowej zupy i kelnera, który mówi: „proszę poczekać piętnaście minut”. Z drugiej — laboratoria, sekwencjonowanie genomu i poszukiwanie związku chemicznego, którego nikt jeszcze nie zna.
A między jednym a drugim jest człowiek, który po niedogotowanym obiedzie zaczyna widzieć maleńkich ludzi chodzących po jego pokoju.
Natura ma poczucie humoru. Czasem bardzo dziwne. Czasem niebezpieczne. Ale zawsze przypomina nam jedno: świat nie został jeszcze do końca opisany.
I być może jedna z jego największych tajemnic nie leży w kosmosie, nie na dnie oceanu, ale w małym, siniejącym grzybie z azjatyckiego lasu.





Dodaj komentarz