Co prezydent nosi w kieszeni, kiedy kończy się historia?

STRONA GŁÓWNA

Wieczorem 14 kwietnia 1865 roku Abraham Lincoln wybrał się z żoną do teatru. Grano komedię „Nasz amerykański kuzyn”, wojna secesyjna właściwie dobiegła końca, a Waszyngton po raz pierwszy od dawna mógł odetchnąć. Pięć dni wcześniej generał Robert E. Lee skapitulował pod Appomattox. Być może Lincoln liczył, że przez kilka godzin nie będzie musiał myśleć o poległych, zbuntowanych stanach i kraju, który trzeba będzie poskładać.

Nie wrócił już do Białego Domu.

John Wilkes Booth strzelił mu w tył głowy krótko po godzinie dziesiątej wieczorem. Śmiertelnie rannego prezydenta przeniesiono do pensjonatu naprzeciwko Ford’s Theatre. Zmarł następnego ranka. Pozostał po nim urząd, legenda i państwo, którego dalszego kształtu nie zdążył zobaczyć. Pozostało też kilka drobiazgów znalezionych w kieszeniach jego płaszcza.

I to właśnie one opowiadają o nim więcej niż niejeden pomnik.

Okulary związane sznurkiem

Lincoln miał przy sobie dwie pary okularów. Jedne, w złotych oprawkach, były uszkodzone. Zausznik naprawiono kawałkiem sznurka. Drugie — składane — spoczywały w srebrnym etui. Był też niewielki scyzoryk, którym prezydent prawdopodobnie dokręcał poluzowane śrubki oprawek.

To zaskakująco zwyczajny obraz. Człowiek stojący na czele kraju rozdzieranego wojną nie wyrzucał zepsutych okularów i nie zamawiał natychmiast nowych. Wiązał je sznurkiem, nosił w kieszeni narzędzie do prowizorycznych napraw i radził sobie tak, jak potrafił.

Historia lubi przedstawiać przywódców w marmurze: nieruchomych, pewnych siebie, patrzących gdzieś ponad głowami zwykłych ludzi. Okulary Lincolna burzą tę wygodną perspektywę. Przypominają, że prezydent Stanów Zjednoczonych miał problemy ze wzrokiem, potrzebował różnych szkieł do czytania i patrzenia w dal, a czasami zwyczajnie luzowała mu się śrubka.

W kieszeniach znajdowały się również złoty brelok do zegarka, duża irlandzka chusteczka z wyszytym czerwonymi nićmi napisem „A. Lincoln” oraz guzik do mankietu ozdobiony literą „L”. Przedmioty eleganckie, ale nie ostentacyjne. Raczej wyposażenie człowieka przyzwyczajonego do długich dni, papierów, przemówień i ciągłego poprawiania okularów niż insygnia władzy.

Portfel bez własnych pieniędzy

Najbardziej intrygujący był jednak brązowy skórzany portfel, wyłożony fioletowym jedwabiem. Miał przegródki na banknoty, notatki i bilety kolejowe. W środku znajdował się ołówek, osiem wycinków prasowych oraz jeden banknot.

Pięć dolarów Konfederacji.

Była to jedyna gotówka, jaką Lincoln miał przy sobie w chwili zamachu. Banknot państwa, które przez cztery lata walczyło o oderwanie się od Unii i którego istnienie właśnie dobiegało końca.

Najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie jest proste: była to pamiątka. Na początku kwietnia Lincoln odwiedził zdobyty Richmond, dotychczasową stolicę Konfederacji. Miasto opuszczone przez jej władze było symbolem zwycięstwa, ale też ogromu zniszczeń pozostawionych przez wojnę. Prezydent mógł wtedy otrzymać lub zabrać banknot jako osobliwy dokument chwili.

Trudno jednak nie dostrzec w nim ironii. W kieszeni człowieka, który uratował Unię, znalazły się pieniądze pokonanej rebelii. Banknot zachował się lepiej niż państwo, które go wyemitowało.

Można na niego patrzeć jak na trofeum, lecz Lincoln nie zachowywał się w Richmond jak zdobywca. Przemierzał ulice niemal bez ochrony, witany przez uwolnionych niewolników. Wojna była wygrana, ale on myślał już o pokoju — nie o zemście, lecz o ponownym włączeniu Południa do wspólnego państwa. Konfederackie pięć dolarów mogło więc oznaczać nie tyle triumf nad przeciwnikiem, ile zamknięty rozdział historii.

Prezydent czyta o sobie

W portfelu Lincolna znajdowało się osiem wycinków z gazet. Dotyczyły między innymi zniesienia niewolnictwa w Missouri, nastrojów wśród żołnierzy Południa, marszu generała Williama Shermana oraz niedawnych wyborów prezydenckich. Kilka tekstów chwaliło Lincolna i jego politykę.

Nietrudno wyobrazić sobie złośliwy komentarz: oto polityk noszący przy sobie dobre recenzje własnej osoby. Dziewiętnastowieczna wersja zapisywania pochlebnych wpisów z mediów społecznościowych.

Tyle że w przypadku Lincolna sprawa była bardziej ludzka.

Wojna kosztowała życie setek tysięcy ludzi. Każda decyzja prezydenta oznaczała kolejne nazwiska na listach poległych, nowe szpitale i następne rodziny czekające na wiadomość z frontu. Lincoln był krytykowany przez przeciwników niewolnictwa za zbytnią ostrożność, a przez konserwatystów za nadmierny radykalizm. Jedni uważali go za tyrana, inni za człowieka zbyt słabego, by poprowadzić kraj. Wybory w 1864 roku początkowo wcale nie zapowiadały łatwego zwycięstwa.

Możliwe więc, że wycinki nie były karmą dla próżności. Mogły pełnić funkcję prywatnego opatrunku. Przypominały, że mimo morza krytyki ktoś dostrzegał sens jego działań. Że wojna nie trwa na próżno. Że państwo, choć poranione, może przetrwać.

Nawet prezydent potrzebuje czasem przeczytać, że nie wszystko zrobił źle.

To być może najbardziej współczesny element całej kolekcji. Przywykliśmy do myślenia o przywódcach jako ludziach wyjątkowo odpornych, oddzielonych od reszty społeczeństwa ochroną, urzędem i oficjalnym językiem. Tymczasem Lincoln wkładał do portfela dobre słowa, składał je na małe prostokąty i nosił blisko siebie. Na trudniejsze dni.

Relikwie codzienności

Po śmierci prezydenta przedmioty przekazano jego najstarszemu synowi, Robertowi Toddowi Lincolnowi. Przez ponad siedemdziesiąt lat pozostawały w rodzinie. W 1937 roku wnuczka prezydenta, Mary Lincoln Isham, podarowała je Bibliotece Kongresu. Szerszej publiczności pokazano je dopiero w 1976 roku.

Wtedy nie były już zwykłym portfelem, okularami czy scyzorykiem. Stały się relikwiami.

To słowo może brzmieć przesadnie, ale właśnie tak działa kontakt z przedmiotami należącymi do zmarłych. Ich wartość nie wynika z materiału. Sznurek pozostaje sznurkiem, a stary banknot kawałkiem zadrukowanego papieru. Znaczenie bierze się z bliskości — ze świadomości, że ktoś dotykał tych rzeczy, odkładał je do kieszeni i prawdopodobnie nie poświęcał im większej uwagi.

Pomniki opowiadają o tym, kim człowiek miał zostać w zbiorowej pamięci. Kieszenie mówią, kim był przed śmiercią.

Lincoln ostatniego wieczoru nie nosił przy sobie wielkiego dokumentu, tajnego rozkazu ani osobistego testamentu. Miał okulary naprawione sznurkiem, scyzoryk, chusteczkę, pojedynczy guzik, zegarkowy brelok, portfel, kilka wycinków i bezwartościowy już banknot pokonanego państwa.

Zestaw skromny, prawie banalny. A jednak tworzy portret niezwykle wyrazisty: człowieka praktycznego, trochę zmęczonego, potrzebującego okularów do czytania i dobrych słów, by nadal wierzyć, że jego praca ma sens.

Wielka historia zazwyczaj wchodzi do podręczników przez salony, pola bitew i gabinety. Czasami jednak najlepiej zajrzeć jej do kieszeni.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Więcej artykułów